Droga wije się wśród zielonych pól. Wszystko obsiane, nie ma ugorów – jak w Polsce. Tyle, że u nas przyczyną cudu są dopłaty unijne, a tu wszechwidzące oko Pierwszego Kołchoźnika. Prawie nie ma wiosek. Porównuję okolicę z przedwojenną WIG-owską setką i widzę ile przysiółków i kolonii pochłonęły kołchozy. Tam gdzie pozostały, zabudowa zwykle drewniana, sporo budynków w złym stanie technicznym. Wszechobecny eternit, podobnie jak na Litwie. Wioski ukryte w gęstwinie drzew, często widok ograniczają pasy lasu posadzone kilkadziesiąt lat temu wzdłuż szosy w formie kilkusetmetrowych kurtyn. Teraz częściowo się je wyrąbuje i w to miejsce wracają uprawy.
Zieleń pól tak ciemna, że aż niebieskawa – muszą tu sypać tony nawozów sztucznych. W końcu mają je pod ręką, w pobliskim Grodnie znajdują się wielkie zakłady azotowe, podobne do naszych Puław. Zboże powykładane przez wiatr i deszcze.
Ale droga jest równa i odremontowana. Wsie zamiecione i uporządkowane, czysto i schludnie. Łukaszenka wydał edykt, by – zapewne w imię wizerunku – postawić we wsiach jednolite betonowe ogrodzenia od ulicy. Za betonowymi przęsłami często widać walące się płoty ze sztachet i siatki. Gdyby nie te płoty i dachy, krajobraz bardzo przypominałby polskie Podlasie. W Brzostowicy Małej mijamy murowany kościół, nieopodal cerkiew. Obie świątynie bardzo podobne w stylu, jakby zaprojektowane przez tego samego architekta. Za miasteczkiem, na rozległych łąkach ze stojącą w trawie wodą pasie się stado bocianów.

Nasi gospodarze – Białorusini, ale także tutejsi Polacy – witają nas tuż za granicą. Jest dziesiąta rano, zajeżdżamy do pobliskiego miasteczka na śniadanie w lokalnej restauracji. Śniadanie okazuje się stołem zastawionym jak na wesele: wędliny, pieczywo, sałatki, wódka. Obowiązkowe toasty: zwyczaj, podobnie jak w Rosji, każe by picie nie było tylko ordynarnym laniem wódy w gardło, ale osoby przy stole po kolei wznoszą toasty różnej treści i w różnych intencjach. Stwarza to jakieś pozory kultury, choć efekt ostateczny i tak jest zawsze taki sam. Gdy już się najedliśmy… wnoszą gorące danie. Wódka już lekko szumi w głowie, żołądek buntuje się przeciw takiej dawce jedzenia, aczkolwiek staram się jeść sporo i tłusto – w końcu to dopiero początek dnia, trzeba dbać o kondycję.
Ruszamy dalej. Jedziemy przez las pod Grodnem. To jedyne na Białorusi miejsce występowania buka, którego zasięg kończy się daleko stąd na południe. Powodem jest to, że przed wojną znajdował się tu majątek, którego właścicielka sprowadzała z całego świata najróżniejsze gatunki drzew, leśnych i ogrodowych. Dzisiaj dawne parki i pola zarasta kilkudziesięcioletni las i tylko dziwnie wygląda równy szereg drzew wzdłuż leśnego duktu – pozostałość po parkowej alei. Pomiędzy brzozami , olchami i jesionami trafiają się ozdobne sosny, daglezje, rozrosłe i zdziczałe krzewy ogrodowe. Jedyni świadkowie historii.

Inne tematy w dziale Rozmaitości