
Wjeżdżając do Grodna od południa na horyzoncie widać wznoszącą się na horyzoncie ścianę bloków, która skutecznie niszczy panoramę tego pięknego miasta. Mijamy osiedla mieszkaniowe, na których wre praca – stawiane są nowe domy, część nadal z wielkiej płyty.
Kilka lat temu byłem już w Grodnie. Wówczas miałem wrażenie, że odbywam podróż w czasie: w Polsce szalejący kapitalizm, a tu bieda i szarość. Drewniana zabudowa w centrum miasta i krajobrazy socjalistycznych osiedli bez chodników, z zarastającymi zielskiem pryzmami gruzu, jak ze Stalkera, puste ulice, odrapane mury, brak reklam i graffitti. Dzisiaj to miasto wygląda zupełnie inaczej. Jest czysto i porządnie. Całe zabytkowe centrum jest odnowione, piękne kamieniczki odmalowane, na ulicach leży świeży równy asfalt. Główny plac przed farą zupełnie przebudowany, miejsce wielkiej brukowanej płaszczyzny zajął park i deptak. Reklamy się pojawiły, choć nie na taką skalę jak w Polsce, a jedna z największych głosi: „Я люблю Тебя, БЕЛАРУСЬ!”. Jest nawet multimedialny ekran ze zmieniającymi się kolorowymi reklamami. Co tu ukrywać: teraz to Białystok w porównaniu z Grodnem wygląda na zapyziałe prowincjonalne miasteczko.
Wzgórze zamkowe. Nowy Zamek, na którym niegdyś odbywały się sejmy Rzeczpospolitej, nadal oszpecony dobudowanym przez komunistów frontonem , zwieńczonym sierpem i młotem. Za nim piękny widok na Niemen i uczepioną jego wysokiego brzegu dwunastowieczną cerkiew na Kołoży, w połowie drewnianą, po tym jak spora część jej murów osunęła się do rzeki. W parku – jak zresztą w całym Grodnie – trwa malowanie trawy. Szaleją robotnicy ze spalinowymi kosiarkami, w profesjonalnych kombinezonach i nausznikach, którzy tną, czyszczą i porządkują. Administratorzy budynków wysłali pracowników do zamiecenia ulic i chodników. Nazajutrz przyjeżdżają z wizytą premierzy Białorusi i Litwy, aby podpisać w Grodnie umowę o współpracy.

Krążymy po tym mieście, które nosi w sobie tyle polskiej historii. Paradoksalnie, dzisiaj widoczna ona jest lepiej niż parę lat temu, gdy jeszcze dominowała brzydota i czuć było tchnienie komunizmu. Wielki Lenin z brązu nadal co prawda stoi na rozległym placu, przy którym powiewają rzędy flag, ale dzisiaj wygląda bardziej na turystyczny surrealistyczny gadżet, podobnie jak palma na Rondzie de Gaulle’a w Warszawie. Ulica Lenina też ma się dobrze, znajduje się obok przedwojennego kasyna oficerskiego w modernistycznym stylu lat trzydziestych - ładnego budynku, który równie dobrze mógłby stać na Żoliborzu. Wisi na nim wielka, choć odrapana, czerwona gwiazda. Nieopodal odnowiona cerkiew prawosławna. W środku ciekawostka: ikony według niedawno zatwierdzonej symboliki, przedstawiające sowieckich sołdatów (!) w charakterystycznych spiczastych czapkach, z karabinami jako symbol prześladowania Cerkwi przez komunizm.
Odwiedzamy dworek, w którym mieszkała i tworzyła Eliza Orzeszkowa. Dzisiaj mieści się tam biblioteka publiczna dla młodzieży. Wnętrzne świeżo odremontowane, wspaniale wyposażona czytelnia. Z dawnego mieszkania Orzeszkowej zachowane zostały dwa pokoje, w których znajdują się sprzęty z epoki, trochę pamiątek po pisarce i publikacje jej autorstwa. Z braku przewodnika, oprowadza nas młoda bibliotekarka, Polka, trochę onieśmielona swoją rolą. Mówi niemal bez charakterystycznego (pięknego zresztą) kresowego akcentu, czasem waha się przez ułamek sekundy szukając właściwego słowa, kilkakrotnie przeprasza za swój polski – a przecież nie ma za co, zasobem słownictwa, budową zdań bije na głowę większość młodzieży z polskich miast, że już nie wspomnę o imponującej wiedzy na temat Grodna i epoki Elizy Orzeszkowej.
W pobliżu dworku znajduje się siedziba Związku Polaków na Białorusi. Dom jest mniejszy niż to wydawało się w telewizyjnych relacjach. Wieczorem przy kolacji rozmawiam z miejscowymi Polakami o ZPB. Są ostrożni, ale z ich słów wyłania się obraz rzeczywistego rozłamu w tutejszej społeczności, umiejętnie rozgrywanego przez władze państwowe i służbę bezpieczeństwa. Andżelika Borys nie wydaje się cieszyć masowym poparciem miejscowych, kilkakrotnie pada sformułowanie, że mało kto ją tutaj zna. Pamiętając o polskich realiach lat osiemdziesiątych, staram się doszukiwać treści pomiędzy słowami, zastanawiam się też, który z naszych gospodarzy jest tajnym współpracownikiem policji politycznej. Bo o to, że któryś jest, można się zakładać raczej bez specjalnego ryzyka.
Stary most na Niemnie odremontowany i poszerzony do dwóch pasów w każdym kierunku. Zniknęły z jego przyczółków znane mi z poprzedniego pobytu murowane tablice, oznajmiające, że most został odbudowany w 1949 r., w dziesiątą rocznicę wyzwolenia Grodna. Przed mostem, koło teatru, nadal stoi wielki czołg. Błyszczy świeża zielona farba. Wszystkie czołgi-pomniki w Związku Radzieckim miały lufy skierowane na Zachód, w tamtym też kierunku zawsze spoglądali spiżowi żołnierze. Nie wiem jak gdzie patrzył Lenin, ale tu generalnie obowiązywała zasada, że musi być przedstawiony w pozycji stojącej. Jak widać, pewne zjawiska kulturowe są uniwersalne, kiedyś w określony sposób orientowano kościoły, tutaj – czołgi.
Cmentarz katolicki w Grodnie. Do niedawna zapuszczony i zaniedbany, dopiero ostatnio wycięto kilkudziesięcioletnie drzewa rosnące między nagrobkami. Większość grobów, nawet tych powojennych, straszliwie zdewastowana – poniszczone krzyże, potłuczone porcelanowe portrety, powyrywane metalowe części. Czasem nie sposób odczytać zarośniętych mchem napisów. Przy ogrodzeniu cmentarza kwatera żołnierzy polskich z wojny 1920 r. oraz trochę grobów obrońców Grodna z września 1939 r., w tym mogiła trzynastoletniego gimnazjalisty Tadka Jasińskiego, który stał się symbolem tego, jednego z niewielu, przypadków oporu przeciw wkraczającym do Polski wojskom sowieckim. Tak to już jest na Kresach: jeśli gdzieś przechowywana jest historia tych ziem, to na ogół na cmentarzach.
Inne tematy w dziale Rozmaitości