Przystanek w Niemczech w tanim sieciowym hoteliku, przycupniętym w polu koło fabryki automatyki do Volkswagenów, produkowanych w pobliskim Zwickau. Pokoje to moduły składane z plastikowych części, ale mają wszystko co trzeba, by spędzić noc w podróży. Niewątpliwym plusem jest wiejska okolica, co pozwala otworzyć okno na oścież i rozkoszować się wypełnioną ptasim świergotem zielenią. Powoli zapada letni wieczór, słońce kładzie się nad łąką i brązowymi dachami jednakowych domków w oddali.
Przy stolikach koło wejścia rozsiedli się niemieccy motocykliści, których pojazdy stoją cicho na skraju betonowego parkingu albo porządnie umocowane na specjalnej przyczepie. W ciemniejącym powietrzu ich głosy i śmiechy niosą się daleko. Kiwają przyjaźnie gdy przechodzę. Nie są bardzo młodzi, dominuje wiek średni i przedemerytalny. Jeden na oko sześćdziesięciolatek zagaduje mnie poprawną polszczyzną. Mieszkał tu niedaleko, ale jeszcze za NRD uciekł do RFN-u i teraz ma dom pod Monachium. Pochodzi z Zielonej Góry, ale nie zapytałem się kiedy tam pojawiła się jego rodzina, więc historia pozostała niedopowiedziana. Jego żona uśmiecha się z sympatią, ale po polsku nie rozumie ani słowa.
Motocykliści to w Niemczech prawdziwy zakon. Są bardzo dobrze zorganizowani, mają swoje zloty i rajdy, utrzymują kontakty i przyjaźnie. Regułą jest, że gdy dwóch motocyklistów mija się na szosie, podnoszą rękę w pozdrowieniu, nawet jeśli w ogóle się nie znają. Zauważyłem, że ten obyczaj przenika także do Polski, ale naszym miłośnikom dwóch kółek z silnikiem daleko jeszcze do takiego poczucia tożsamości grupowej.
Jak zwykle po dłuższej nieobecności na Zachodzie, zaskakuje mnie wszechobecny uśmiech na twarzach ludzi i pozdrowienia wypowiadane przez nieznajomych. Tak po prostu, bez zobowiązań, uśmiech i lekkie Halo!, tylko dlatego, że los nas na chwilę umieścił w tym samym punkcie czasoprzestrzeni. Tym razem szok jest tym większy, że jadę prawie bezpośrednio z Białorusi, gdzie ludzie są niezwykle serdeczni do znajomych, ale dla obcych mają maskę – kamienną twarz i wdrukowany przez komunizm automatyczny odruch obronny. Ile pokoleń musi minąć, abyśmy pozbyli się tego zawstydzającego tutaj podświadomego odruchu domyślania się najpierw wroga w drugim człowieku?
Inne tematy w dziale Rozmaitości