Pierwszy raz jestem w Bolzano. Jest to dla mnie jedna z nazw magicznych. We wczesnej młodości kolekcjonowałem z pasją serię opowiadać o redaktorze Maju, popełnioną przez Safjana i Szypulskiego jako scenariusz serialu Życie na gorąco. Serial sposobem realizacji i tempem akcji dorównywał Siedemnastu mgnieniom wiosny; gdy oglądałem go w latach 90. nie mogłem wyjść z podziwu jak za ciężkie pieniądze można było wyprodukować tak potwornego gniota. Tym niemniej, wyszukiwane po antykwariatach książeczki o przygodach dzielnego redaktora, tytułowane nazwami miast, przemawiały do mojej dziecięcej wyobraźni sensacyjną akcją i egzotycznymi plenerami. Nie mogę ich dzisiaj znaleźć, gdzieś się zgubiły przy licznych przeprowadzkach, pamiętam jednak, że jedna nosiła tytuł Bolzano i rozgrywała się na autostradach oraz w hotelach północnych Włoch. Może to wstyd się dziś przyznać, ale przygody następcy Klossa walczącego z pogrobowcami hitleryzmu z fikcyjnej Organizacji „W” dra Gebhardta w różnych ciekawych miejscach świata były jednym z bodźców, które wytworzyły we mnie narastającą chęć podróży, wyrwania się poza granice obozu i znalezienia się tam: w tych bogatych, czystych i malowniczych krajach, w sumie tak nierzeczywistych, że aż przepełnionych magią.
A teraz, po latach, właśnie wjeżdżam do Bolzano.
Inne tematy w dziale Rozmaitości