11 obserwujących
204 notki
139k odsłon
  644   0

Prime Time – polskie kino (w telewizji)

Na Netfliksie można zobaczyć nowy, polski film „Prime Time” w reżyserii p. J. Piątka, napisany wspólnie z p. J. Czapskim. Nazwiska nieznane, bo to w zasadzie debiut tych panów. Recenzje różne, ale w średniej niezbyt optymistyczne. Pytanie czy warto oglądać? Według mnie na pewno tak. Bo czy wyobrażacie sobie film w którym najmądrzejsze kwestie wypowiada prezydent A. Kwaśniewski, a minister L. Balcerowicz jest bodaj największym szwarccharakterem, nawet jeśli tylko trzecioplanowym? Choćby dlatego warto.

Fabuła opowiada o terroryście, który pojawia się w studiu telewizyjnym w Sylwestra 1999, bierze zakładników i żąda czasu antenowego, bo chce coś ważnego powiedzieć. Czyli mamy film sensacyjny. Z kinem gatunkowym jest kłopot, bo wytwórnie amerykańskie tak wyśrubowały w nim normy, że trudno jest nawiązać kontakt filmom z zewnątrz. Bo to trochę tak, jakby europejska klubowa drużyna koszykówki grała z czołówką NBA. Dlatego często po naszej stronie Atlantyku stanowi ono pretekst do przekazania czegoś więcej niż tylko dawki adrenaliny. Z tym też jest kłopot, bo jednak jakiś poziom trzeba zachować, żeby całość nie wyglądała żałośnie. Zresztą ostatnio boleśnie przekonał się o tym sam Netflix, prezentując na wskroś nieudaną „Eroticę 2022” (że niby s-f).

I właśnie niedostatki adrenaliny stanowią główne zarzuty nieprzychylnych recenzji dotyczących „Time prime”. Że nie ma napięcia, że postacie jakieś słabo zarysowane, bezbarwne, a emocje jakieś niemrawe, a przecież mamy terrorystę i zakładników, więc całość powinna eksplodować. Czyli zarzuty dotyczą właściwie tego, że film nie jest tak sensacyjny, jak powinien.

Mnie te argumenty nie przekonują. Całość ogląda się bardzo sprawnie. Grają mało znani aktorzy (kiedy wybierano odtwórcę roli Sebastiana – p. B. Bielenię – nie miał on za sobą jeszcze charyzmatycznej kreacji w „Bożym ciele”), dzięki czemu człowiek nie ma wrażenia, że widzi znajome postacie z innego filmu. Dzięki przytomnej pracy p. M. Popławskiej (prezenterka-zakładniczka), całość naprawdę trzyma się kupy. Drugą osobą, która zwraca na siebie uwagę jest policjantka, grana przez p. M. Frajczyk. Ale reszta też jest całkiem OK. W ogóle ma się wrażenie, że gra aktorska nie razi sztucznością, aktorzy sprawdzają się jako policjanci, pracownicy telewizji, dziennikarze itd. I co może nie najważniejsze, ale istotne – można zrozumieć co mówią :).

Film jest wyraźnie podzielony na poszczególne dialogi/sceny – p. T. Raczek używa nawet określenia „teatr telewizji”, co w jego ustach jest akurat zarzutem. Te sceny potrafią skupić uwagę. Niebagatelną rolę odgrywają też krótkie filmiki z epoki (końcówka lat 90-tych), to one mówią za napastnika, kiedy ten walczy o dostęp do emisji.

I tu jest drugi główny zarzut filmu (ta część notki jest jednym, wielkim spojlerem, więc użyłem tu białej czcionki – można tekst „zaznaczyć” myszką, by stał się widoczny): że nie wiadomo, o co walczy główny bohater, bo w końcu nic nie mówi. Że napięcie może i rośnie, a jak przychodzi co do czego, to mamy rozczarowanie. Brak finału. Ale czy orędzie prezydenckie nie jest właśnie właściwym momentem kulminacyjnym? Przecież doskonale podsumowuje nie tylko pierwsze dziesięciolecie transformacji, ale wskazuje, że w pewnym sensie wciąż tkwimy w roku 1999. Trzeba przyznać, że słowa p. A. Kwaśniewskiego brzmią dziś aktualnie i przejmująco. Nawet zastanawiałem się czy to w ogóle tekst z epoki, czy może napisano je od nowa i czytał je jakiś aktor. Ale to rzeczywiście są fragmenty oryginalnego orędzia. Można znaleźć je sobie na YT – całość nie wybrzmiewa tak dobitnie, ale twórcy filmu dokonali wyboru, by te – niejako wyjęte z kontekstu – zdania pasowały do tematu filmu. Czyli ówczesny prezydent nie był co prawda natchnionym wizjonerem, ale osoba która pisała mu przemówienia, dołożyła parę naprawdę sensownych słów.

Przekaz filmu jest jasny, choć twórcy nie podają go nam wprost. Trzeba z kilkunastu autentycznych relacji z roku 1999, niedopowiedzeń, zdań rzuconych niby mimochodem złożyć go sobie jak obrazek z puzzli.

Zachęcam do poświęcenia półtorej godziny, by obejrzeć „Prime Time”.

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura