Agresja w polityce nie jest zjawiskiem nowym. W końcu rewolucje polityczne (francuska czy bolszewicka) swój sukces wzięły m.in. z agresji. W Polsce też mieliśmy krótsze czy dłuższe okresy zachowań agresywnych, ale wraz z rozwojem cywilizacyjnym agresja fizyczna na szczęście traci na poparciu.
W zasadzie podobnie powinno być z agresją słowną - coraz lepiej wykształcone społeczeństwo powinno w coraz mniejszym stopniu tolerować "rzucanie mięchem". Co więcej, nieźle wykształceni "depozytariusze społecznego zaufania", jakimi są choćby dziennikarze i politycy, też powinni być coraz mniej "awanturujący się". Nic takiego nie ma jednak miejsca w polskiej polityce, ba i społeczeństwo wydaje się tolerowac agresję słowną, jeśli tylko pada ze strony „naszej” partii, czy „naszych” ludzi. Wtedy to jest dopuszczalne tak uważamy. Zjawisko przemocy jest jednym z mechanizmów regulujących stosunki międzyludzkie. W ostatnich latach stało się także nieodzownych składnikiem debaty publicznej w Polsce. Politycy niezależnie od opcji politycznej z siłą karabinu maszynowego atakują swoich przeciwników politycznych nie przebierając w słowa, odnosząc się ad personal, daleko od argumentacji merytorycznej. Można tutaj podać wiele przykładów agresji słownej między politykami. Od dłuższego czasu jest ona najbardziej widoczna między partią rządzącą a największą partią opozycyjną. Stefan Niesiołowski to niewątpliwie jeden z liderów PO, który agresją atakuje swoich przeciwników, nie wnosząc często nic poza tą agresją do dyskusji. Nie tylko jednak on, znajdziemy agresywne wypowiedzi i pełne wściekłości politycznej także Radosława Sikorskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Kempy, Jacka Kurskiego czy Władysława Bartoszewskiego.
Gdy słyszę agresję w wypowiedziach polityków ogarnia mnie wściekłość. Wściekłość, że przedstawiciele władzy zachowują jak ostatni za przeproszeniem menele, obrzucają się błotem i epitetami, stygmatyzują przeciwnika i dokonują łatwych ocen moralnych.
Ogarnia nie wściekłość, że agresja jest tolerowana i akceptowana przez wszystkie partie polityczne, stała się łatwym narzędziem walki politycznej, a przecież agresja to wyraz bezsilności polityków wobec innych rzeczy, na które nie mają wpływy. Osoby objawiające agresje są podatne na stres, czują się niedowartościowani, niedocenieni politycznie. Jak wielu jest takich posłów w naszej polityce.
CBOS niedawno przeprowadził badania dotycząc agresji w polityce.58 proc. badanych uważa, że poziom agresji między politykami i partiami politycznymi w Polsce jest większy niż w innych krajach o utrwalonych tradycjach demokratycznych;12 proc. jest przeciwnego zdania. CBOSpodaje ponadto, że 21 proc. ankietowanych uważa, że poziom takiej agresji jest taki jak w innych krajach o utrwalonych tradycjach demokratycznych. 9 proc. nie wyraziło swojego zdania na ten temat.76 proc. ankietowanych ocenia, że obecnie poziom agresji między politykami i partiami politycznymi jest większy niż był kiedyś, np. przed wyborami prezydenckimi w 2005 roku; 6 proc. jest przeciwnego zdania, a 11 proc. uważa, że jest taki sam. 6 proc. respondentów nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie.Zdaniem 67 proc. ankietowanych, za narastającą agresję na polskiejscenie odpowiedzialność polityczną ponosi PiS, 41 proc. respondentów wskazało na PO, 4 proc. na SLD, a 2 proc. na PSL. 16 proc. badanych uważa, że wszystkie partie odpowiedzialne są po równo za narastającą agresję, 6 proc. nie wyraziło zdania na ten temat. Na pytanie CBOS,którym partiom naprawdę zależy na złagodzeniu napięć i uspokojeniuatmosferyżycia politycznego, 53 proc. ankietowanych odpowiedziało, że PSL; 18 proc. jest przeciwnego zdania, a 29 proc. nie potrafiło na nie odpowiedzieć. W tej samej sprawie 53 proc. respondentów odpowiedziało, że zależy na tym PO, 31 proc. uważa, że jest odwrotnie, 17 proc. nie miało w tej sprawie zdania.
Tyle badania, codzienność pokazuje, że brutalność słowna stała się nie tylko narzędziem walki politycznej, często zastępuje argumenty merytoryczne. Bez wątpienia agresja słowna jest częsta zwłaszcza u tych, których nie mają żadnych argumentów w dyskusji publicznej. Jakość publiczna w Polsce od dawna nacechowania brutalizacją i agresją jest bardzo niska. Prawdziwych debaty publicznych w Polsce jest jak na lekarstwo. To agresja zapewnia życie medialne niektórych polityków. Wykrzywione twarze, oczy pełne zawiści, „bicie piany” to znak rozpoznawczy wielu polityków od prawej do lewej strony sceny politycznej. Dzięki niej wydają się bardziej „atrakcyjni” i „błyskotliwi”. Media również korzystają na brutalizacji języka publicznego. Nic tak bardzo nie podkręca wskaźników oglądalności, nie czyni rozmowy kontrowersyjnej jak barwna wypowiedzi zaproszonego polityka. Media nie tylko stały się obserwatorem brutalizacji tego języka, często stając się aktywnym uczestnikiem takiego procesu debaty.
W opublikowanym niedawno eseju„Brutalizacja języka publicznego”prof. Jerzy Bralczyk pisze:„W polityce przyznawanie się do brutalności czy zapowiadanie jej jest na porządku dziennym: prominentny polityk sam siebie określa jako bulteriera, mając na myśli brutalność własnych zachowań językowych, inny chwali się zrealizowaniem nacechowanego agresywnością spotu telewizyjnego. Padają uwagi, że kampania wyborcza ma to do siebie, że dopuszcza, wręcz zakłada brutalność językową, że podczas kampanii trzeba być maksymalnie brutalnym, okrutnym, drastycznym”. Takie będą najbliższe wybory, podgrzewane kwestią śledztwa w sprawie katastrofysmoleńskiej, Smoleńsk, walki o upamiętnienie Lecha Kaczyńskiego pełne agresji i wściekłości. Kto nie z nami, to przeciwko nam. Czasem poza wściekłością na polityków ogarnia mnie bezsilność. Bo cóż ja mogę na to zrobić? Nic. Na agresję w mediach mogę zaprotestować pilotem, na agresją polityków mogę odpowiedzieć jedynie raz na cztery lata, w wyborach. To niewiele, gdy ode mnie w żadnym stopniu nie zależy jakość debaty publicznej, nie mam wpływu na chamskie zachowania przedstawicieli władzy. Wściekłość i bezradność nieodłącznie towarzyszy mi gdy słyszę choćby Stefana Niesiołowski. Wściekłość, że poseł zachowuje się chamsko i agresywnie, głupia i cynicznie; bezradność że jeszcze jest na polskiej scenie politycznej i media zabiegają o wypowiedzi takich ludzi.
Podsumowując można stwierdzić, że agresja jest jedną z charakterystycznych cech współczesnej polskiej polityki i nic nie wskazuje na to, żeby to uległo zmianie. Wręcz przeciwnie najbliższe wybory parlamentarne podwyższą jeszcze bardziej temperaturę publicznych sporów i dyskusji, nie raz będziemy mieli w niedalekiej przyszłości powiedzenia o „dorzynaniu watahy” czy „krwi na rękach”. Brutalizacja w Polsce następuje i będzie coraz większa. Nikomu, żadnej partii politycznej ani mediom nie zależy aby jakość debaty politycznej była mierzona merytorycznymi argumentami, dziś jest mierzona kontrowersją, barwnym językiem, nieczęsto skandalem. W dyskusji publicznej nie skupiamy się na tym co może łączyć, a bardziej na tym co dzieli, podkreślając często różnice brutalną narracją.


Komentarze
Pokaż komentarze