Oczywiście pytanie odnosi się nie do wartości jako człowieka, ale jako ministra rządu koalicji PO-PSL. Z pewnością więcej niż 2,5 mld złotych... . W ostatnim czasie całkiem niezauważenie pojawiła się w mediach zdawkowa informacja o możliwym utracie blisko 2,5 mld zł unijnych dotacji z programu "Leader".
Jak się bowiem okazało program, który miał służyć aktywizacji obszarów wiejskich przeznaczany jest głównie na biurokrację .Program dzięki któremu w założeniu miały powstawać na wsi nowe miejsca pracy, przedszkola i świetlice, mieszkańcom zaś miał zapewnić możliwość podnoszenia kwalifikacji. Środki miały trafiać do organizacji pozarządowych, wiejskich animatorów i liderów, a także przedsiębiorczych mieszkańców wsi. Jak się okazało po prawie dwóch latach realizacji programu prawie co trzecia złotówka została przeznaczona na wyposażenie biur i pensje pracowników , tzw. lokalnych grup działania. Nietrudno się domyślić, że prawdopodobnie związanych z kółkami rolniczymi oraz PSL-em. Jak rozwój wsi to „rozwój wsi”, nieprawdaż?
Jak wskazują eksperci to one stały się głównym beneficjentem programu, który miał budować kapitał społeczny wsi. Zdaniem ekspertów, brak efektów programu nie jest jednak wyłącznie winą tych grup. Pierwotny zapał wiejskich liderów ograniczyła również biurokracja. Składane wnioski miesiącami czekają na decyzje urzędów marszałkowskich o przyznaniu pieniędzy. Nie powstają też nowe miejsca pracy, a wiele dobrych projektów nigdy nie zostanie zrealizowanych z winy urzędników. Zdaniem ekspertów, jeśli nie dojdzie do radykalnych zmian w programie, Komisja Europejska zakwestionuje go w całości i upomni się o zwrot środków czyli bisko 2,5 mld złotych!
Co zdumiewające największym problemem Leadera jest jednak to, że większość potencjalnych jego odbiorców w ogóle nie wie o jego istnieniu. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie przeprowadziło żadnej kampanii promocyjnej. Resort nie widzi jednak zagrożeń dla realizacji Leadera. Podkreśla, że cały czas są upraszczane procedury. Tymczasem większość pieniędzy leży bezużytecznie na kontach, a resztę funduszy władze wydają na organizację festynów i dożynek.
Jeśli Polska zostanie zmuszona do oddania blisko 2,5 mld będzie to jeden z największych skandali związanych z wykorzystaniem funduszy unijnych. Zadziwiający jest spokój ministerstwa rolnictwa, która wcale nie dostrzega wagi problemu, a minister Sawicki cieszy się opinią dobrego, koalicyjnego ministra. Oczywiście nawet jeśli przyjdzie Polsce zwrócić znaczną cześć unijnej dotacji nikt nie poniesie konsekwencji takiego nieudolnego rządzenia. Najbardziej poszkodowaną w tej sytuacji grupą będą rolnicy, a nie minister Sawicki. Z kolei największym beneficjentem unijnego programu „Ledear” są środowiska powiązane z PSL-em oraz kółkami rolniczymi, którzy za unijne pieniędze urządzają sobie festyny i dożynki będące kampaniami wyborczymi. Jak na ironię zakrawa fakt, że Marek Sawicki jest ministrem rolnictwa i… rozwoju wsi… .
Warto przy tym przypomnieć, że w ostatnim czasie to nie pierwsza wpadka tego rządu z wykorzystaniem funduszy unijnych. Bowiem na biurkach urzędników Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Rozwoju Regionalnego leży raport końcowy z audytu Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (PO KL) z którego wynika z niego, że Komisja chce nałożyć na Polskę dwie kary. Pierwsza: mamy zwrócić blisko 50 mln zł, które wydaliśmy na informatyzację urzędów pracy. Druga: oddać Brukseli 5 proc. wartości umów podpisanych w ramach pierwszego priorytetu PO KL (chodzi o blisko 70 mln zł).
Czy ktoś poniesie odpowiedzialność za ten stan rzeczy? Teraz, w ministerstwie rolnictwa? Wątpliwe. Jeśli jednak Bruksela zażąda zwrotu blisko 2,5 mld złotych poznamy cenę tej koalicji. Jeszcze w marcu premier Donald Tusk mówił „praca ministra Sawickiego nie polega na tym, żeby wyciągać jak najwięcej pieniędzy. Zapewnia harmonię w tej dziedzinie życia, jaką się zajmuje. Nie ma jakichś szczególnych napięć , chociaż czas nie jest łatwy (PAP)”.Widocznie 2,5 mld zł dla polskiego budżetu jest jak splunąć..ot co…


Komentarze
Pokaż komentarze