Ostatni Sejm PRL uchwalił, że 11 listopada jest Świętem Niepodległości. To święto funkcjonowało już wcześniej w społecznej świadomości, choć nie całkiem słusznie, bo deklarację niepodległości ogłosiła już 6 października 1918 Rada Regencyjna, a pierwszym rządem utworzonym bez udziału zaborców był socjalistyczny rząd Daszyńskiego utworzony w nocy z 6 na 7 listopada. Rząd ten, zresztą, od razu zadeklarował wolę współpracy z pozostałymi siłami politycznymi.
11 listopada świętujemy więc, faktycznie, przejęcie władzy przez Piłsudskiego. Formalnie - przejął władzę wojskową, a tak naprawdę, kontrolował całość. Być może, właśnie dzięki temu, a może też dzięki koncyliacyjnemu nastawieniu lewicy, prawicy nie udało się wtedy doprowadzić ani wojny domowej, ani do przejęcia władzy siłą.
To ówczesne nastawienie prawicy na konfrontację zdaje się ją cechować i po 1989 roku, jakby to było jakieś fatum. Wielu pamięta prawicowe wojenki z lat 90. XX wieku, przerwane na kilka lat przez zjednoczenie sił dla stołków i apanaży jakim była AWS. Pogrobowcami AWS są Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość, które w 2005 roku szły do wyborów ramię w ramię i tylko personalny konflikt Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem oraz spór o stołki nie pozwolił na wspólne rządy, które pewnie i tak na tle podziału łupów zakończyłby się dość szybko.
Od tego czasu personalny konflikt dwóch zawistników (Kaczyński jest niewątpliwie większym zawistnikiem niż Donald Tusk, który lepiej panuje nad sobą) przerodził się z czasem w wojnę na śmierć i życie. Teraz bardziej niż kiedykolwiek Polska znajduje się w stanie zimnej wojny domowej. Tak naprawdę czekamy, aż ktoś podłoży zapałkę pod beczkę prochu.
Ciekawe, że pozbawiona osobistości lewica dała się zepchnąć na margines i nie jest w stanie znaleźć w swoich szeregach nikogo, kto by poprowadził ją do sukcesu i załagodzenia konfliktów w obrębie klasy politycznej i społeczeństwa. Pomimo faktu, że po prawej stronie sceny politycznej są tylko politykierzy, a nie mężowie stanu, lewica nie umie i nie może tego wykorzystać. A w obecnej chwili tylko sukces lewicy może sprawić, że wojna PO z PiS natychmiast przestanie mieć znaczenie. Ale nie ma na to nadziei, więc będziemy nadal żyć na beczce prochu, albo fikcyjnych oparach trotylu, jak kto woli.
To wszystko sprawia, że Święto Niepodległości jest w 2012 roku wyjątkowo smutne. Polacy wydają się nie umieć korzystać z niepodległości. Tracimy czas na jałowych sporach, dając się kierować dwóm panom walczącym o władzę z bezprzykładną zaciętością i nie wykorzystujemy potencjału jaki w nas, Polakach, tkwi.
Co gorsza, hasła z 7 listopada 1918 znów są aktualne. Znów trzeba walczyć o 8-godzinny dzień pracy czy prawo do płatnego urlopu. I niestety, lewicy w tej walce nie widać. Jest pogrążona w jałowych walkach o wpływy w swoim obrębie, jakby nie zauważając, że tam już nie ma o co walczyć, bo wpływy skurczyły się tak, że nie zostało już praktycznie nic.
A jednak warto świętować. Z odzyskania niepodległości 94 lata temu możemy być dumni. Udało nam się wtedy wykorzystać koniunkturę międzynarodową, a zaraz potem, mimo dzielących ich różnic, mimo chęci do siłowego przejmowania władzy nawet prawicowi politycy potrafili przedłożyć interes Polski nad swój. Dzięki temu Dmowski mógł się zapisać w pamięci nie tylko antysemityzmem czy ksenofobicznym nacjonalizmem, ale także sukcesem w Wersalu.
Skoro więc mamy co świętować, to olejmy marsze organizowane przez faszystów, olejmy nawet absurdalny marsz organizowany przez prezydenta. Zamiast brać udział w szopkach, otwórzmy butelkę dobrego wina, piwa czy wódki i wypijmy za Niepodległą i za to, by absurdalne spory wreszcie odeszły w niepamięć.
Mamy bowiem co robić w naszym kraju i nie warto tracić czasu na jałowych sporach o to, kto jest bardziej polski czy o to, kto bardziej ma prawo czuć się w Polsce jak w domu. Polska jest domem każdego jej obywatela i nie jest patrimonium ani Kaczyńskiego, ani Tuska.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (27)