Zwyczaj sejmowy mówił, że kluby same sobie wyznaczają wicemarszałków i miało to sens, choćby w ułatwianiu pracy Sejmu. Niestety, zwyczaj ten właśnie się skończył - od teraz to większość sejmowa ustala, kto może być z danego klubu wicemarszałkiem, a kto nie.
Stało się tak na własne życzenie Janusza Palikota, który nie umiał wyjść poza ramy politycznego happeningu i tym samym zrobił krzywdę nam, zwyczajowi sejmowemu oraz dwóm bezpośrednio zainteresowanym paniom - Wandzie Nowickiej i Annie Grodzkiej. Kołtuństwo prawej strony sceny politycznej było tu wtórne - pełne chrześcijańskiej nienawiści miłości głosy takich osób, jak posłanka Pawłowicz pojawiłyby się tak czy inaczej.
Janusz Palikot rozegrał wszystko fatalnie, jakby sądził, że może członków swojego klubu przestawiać niczym pionki po szachownicy. Zapomniał, że ludzie to nie przedmioty, a on sam nie ma nad klubem i Sejmem takiej władzy, jak Tusk obecnie czy Kaczyński kilka lat temu. Najważniejszym efektem całej afery o stanowisko wicemarszałka jest więc niesmak. Niesmak i poniżenie.
Rysuje się jednak na horyzoncie coś jeszcze - Palikot znacząco przeszarżował i może się okazać, że zniechęcił do siebie swój potencjalny elektorat. Nie można bowiem równocześnie bronić publicznie praw kobiet i publicznie traktować ich jakby były przedmiotami. To, co działa w nocnych klubach nie działa w sferze publicznej.
Oczywiście, nie oznacza to, że ludzie ci natychmiast przestaną popierać RP, tym bardziej, że konkurencyjne SLD póki co nie potrafi nawet znaleźć własnego ideologicznego tyłka, ale sytuacja robi się dla Palikota poważna.Tym bardziej, że wybory powoli zaczynają się zbliżać, a konstruktywnych efektów działalności RP jakoś nie widać.
Palikot się spalił. Pytanie tylko czy całkiem.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (29)