14 obserwujących
24 notki
140k odsłon
3517 odsłon

„Pan tu nie stał, zwracam panu uwagę, że nigdy nie stał pan za nami” (S. Barańczak)

Wykop Skomentuj264

   Gdyby Internet był Speakers’ Corner, pewnie zostałabym ukamieniowana przez obie strony sporu, o którym zamierzam napisać. Na szczęście nie jest, a ja nie będę obrażać królowej. Nie wątpię jednak, że dotknięte poczuć się mogą fałszywe królowe i ich poddani. Tyle tytułem wstępu.

   Z pewnym zdumieniem, okraszonym nutką podziwu dla maestrii kreatorów, obserwuję trwający już od jakiegoś czasu, przynajmniej z taką intensywnością, proces celowego, zamierzonego i systematycznie pogłębianego podziału społecznego. Póki co funkcjonuje on głównie w mediach, w tym także społecznościowych, bo w realnym życiu, człowiek sobie co najwyżej myśli „jaki ten mój szwagier głupi, że ma inne poglądy niż ja, a to taki porządnych chłop przecież”. Gra zatem toczy się ciągle na poziomie decydentów, celebrytów, dziennikarzy i pyskaczy internetowych. I całe szczęście, tyle że, jak wiadomo, szczęście wieczne nie jest.

   Mamy za sobą już kilka wersji tematycznych z zakresu przedmiotu sporu. Co się wypali i spowszednieje jedna, natychmiast zastępuje ją inna. Obecna jest tak absurdalna, że gdyby ktoś mi 30 lat temu powiedział, że stanie się zarzewiem konfliktu, uznałabym go za fantastę. 30 lat temu bowiem, proszę Państwa, też istnieli homoseksualiści. Na studiach miałam kilku sympatycznych kolegów o tej orientacji, którzy ani jej nie ukrywali, ani nie byli z tego powodu wyśmiewani, prześladowani czy stygmatyzowani. Być może obracałam się w nietypowych kręgach, ale moich znajomych w zasadzie guzik obchodziło, kto ma jakie preferencje seksualne. Dla kilku ze znanych mi gejów wychowanych w wierze katolickiej, wierzących i pragnących dochować wierności swoim wartościom, orientacja seksualna stanowiła ogromny problem. Nie rozstrzygało się jednak tego publicznie, nie debatowało nad tym, nie wydawało osądów, zostawiając te kwestie samemu zainteresowanemu i jego spowiednikowi.

   W życiu prywatnym nie poznałam ani jednego geja, dla którego problemem byłaby niemożność zawarcia formalnie małżeństwa - z reguły byli to bardzo inteligentni ludzie, potrafiący rozwiązać kwestie spadkodawstwa, udzielania informacji o swoim stanie zdrowia i innych wskazywanych w tym kontekście problemów, przy pomocy notariusza. Ani jeden też nigdy nawet nie zająknął się o pragnieniu adopcji dziecka, odnoszę nawet wrażenie, że małe dzieci swoich heteroseksualnych przyjaciół i znajomych uważali za dopust Boży, podobnie zresztą jak heteronormatywni, bezdzietni kawalerowie.

   Żaden z nich, nawet ci niewierzący, nie darł mordy pod kościołem w trakcie nabożeństwa, nie uczestniczył w paradach parodiujących procesję Bożego Ciała, ani nie przyprawiał Matce Boskiej tęczowych aureoli. Żyli, uczyli się, potem pracowali, podróżowali, mieli swoje hobby, pasje, swoich partnerów, z którymi je dzielili. Spotykali się ze swoimi heteroseksualnymi przyjaciółmi i ich rodzinami, wyjeżdżali na wspólne wakacje i funkcjonowali dokładnie tak samo jak każdy. Szanowali wybory innych, a inni szanowali ich wybory.

   Ktoś postanowił jednak definitywnie tę sytuację zmienić i zantagonizować spokojnie funkcjonujących w tym samym społeczeństwie ludzi. I tak powstał ruch LGBT, narodził się Margot i rozpoczęła się produkcja tabliczek mających piętnować gminy uznane jednoosobowo przez pomysłodawcę za homofobiczne. Tak też narodził się pomysł seksualizacji dzieci i wchodzenia działaczy LGBT do szkół. No i zadziałała zasada sprężyny. Konserwatywni, w tym także i obecnie miłościwie nam panujący, powiedzieli „dość”. A im bardziej agresywni są działacze elgiebetowscy, tym bardziej homofobiczni stają się konserwatyści. Jak wspomniałam na początku, na razie jeszcze wojna nie wyszła poza media, kto wie jednak jak długo, zwłaszcza że tekę MEN otrzymał właśnie – delikatnie mówiąc – kontrowersyjny w swoich wypowiedziach dr. hab. Czarnek. Gdyby mnie ktoś o to pytał, decyzję tę uważam za wyjątkowo niefortunną, podobnie zresztą jak większość moich konserwatywnych, wierzących znajomych. Tych z realnego życia.

   Na koniec zaś chcę wspomnieć o bracie mojej przyjaciółki, czterdziestoletnim geju, fantastycznym człowieku, starannie wykształconym, życzliwym innym, dobrym, serdecznym, żyjącym w stabilnym związku, kochającym swojego partnera. Wychowany został w tradycyjnej katolickiej rodzinie. Deklaruje się jako osoba o tradycjonalnej wizji świata i tradycjonalnych poglądach. Niedawno powiedział siostrze: „Od 2005 roku głosuję na PiS. Wierzę w Boga i na ile mogę, praktykuję wiarę. A teraz w kościele i od polityków, których wybrałem, słyszę, że jestem potworem, demoralizatorem i pedofilem”.

   Nie jest. Jest ofiarą inżynierów społecznych, którzy ten konflikt wygenerowali i konserwatywnych polityków PiS-u, którzy dali się podejść jak dzieci i pozwolili się w ten konflikt wciągnąć.


Wykop Skomentuj264
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo