Zapach pyłu, który unosił się nad drogą, rżenie zmęczonego konia, basowe, mocne słowa: „Szkło, szmaty skupuję! Stare żelastwo!”, zawsze zwiastowały to samo. Był to bardzo ważny dla mnie kiedyś moment mojego dziecięcego czasu. Rzucałem się wtedy, tak jak i inne dzieci, pędem w stronę placyku na środku wsi, przy którym stał drewniany krzyż. Bo oto przybywał „szmaciarz”. Jego wóz jawił się mi jak cudowne miejsce pełne nieprzebranych skarbów.
I zaraz szli dróżkami jak w procesji, uroczyście mężczyźni i kobiety, dźwigając w ramionach całe naręcza domowych nieboszczyków – rzeczy, które utraciły swoje racje istnienia: spłowiałe, bezwładne sukna, znoszone kapoty, skruszałe skóry. Oddawano te zwiotczałe resztki dawnego splendoru, te ułomki domowych historii, w zamian dotykając palcami cudów zgoła innej, nowej materii. Patrzyłem na to zdarzenie wielkimi oczami, bo wtedy to następowała przedziwna transmutacja materii. „Szmaciarz”, ten szafarz niepojętych cudów, chowając naręcza rzeczy, które mu przynoszono, po chwili wyciągał z głębi wozu przedmioty o blasku niemal metafizycznym. W dłonie kobiet spływały błękitne, lśniące chłodem porcelanowe figurki, talerze, pęczki stalowych igieł, pasma jaskrawych, szeleszczących wstążek, pękate gąsiorki, a i lampy naftowe.
W tym osobliwym czasie dokonywał się handel wymienny, ale dla mnie to był dopiero wstęp do czegoś, co było jak baśniowy cud. Nas, dzieci, tych małych badaczy zakazanych peryferii rzeczywistości – sadu sąsiada, stogów siana, małego cmentarza na uboczu wsi – którzy próbowali przecisnąć się jak najbliżej „szmaciarza”, zajmowało co innego, coś, co dla dorosłych było odpadkiem zdarzenia, a dla nas sezamem niezwykłości. W nasze małe, drżące z przejęcia dłonie „szmaciarz” wkładał przedmioty o olśniewającej substancji. Były to tęczowe kulki – miniaturowe planety wyrzeźbione w szkle, w których wnętrzu zastygł na zawsze skręcony, kolorowy dym obcych cywilizacji, gliniane gwizdki w kształcie fantastycznych ptaków, z których można było wydobyć modulowany, wilgotny ton, naśladujący głosy wymarłych gatunków z mitycznych lasów. Przechodziły z rąk do rąk blaszane bębenki, organki, zaraz szeleściły papierki, w które owinięte były lizaki. Trzymaliśmy w naszych dłoniach kolorowe piłeczki na gumce, ważąc ich trocinowy ciężar i przyglądając się ich bogactwu barw.
Zdarzyło się pewnego razu, gdy „szmaciarz” przyjechał do wsi, że przybiegłem do niego z trofeum, które znalazłem nieopodal stajni. Była to stara, zardzewiała sprzączka od końskiej uprzęży. Szmaciarz wziął ją do ręki. Obracał mosiądz w palcach, cmokał, mrużył oczy, jakby wyceniał najczystsze złoto, a potem powiedział, żebym wybrał sobie z jego wozu, jakąś zabawkę. Nie musiałem niczemu się przyglądać, bo w swoich dziecięcych rojeniach od dawna wiedziałem, czego tak bardzo pragnę – był to kalejdoskop, maleńka tekturowa rurka okręcona kolorowym papierem. Pochwyciłem go i zaraz przyłożyłem oko do tuby, kręcąc nią co chwila. Pod wpływem obrotu dłoni, zaczęły wirować geometryczne cuda, mieniące się mnóstwem barw – błękitem, purpurą i złotem, o jakich nikt w naszej wsi nawet nie słyszał i jakich nigdy nie widział. Jakżeż wtedy byłem przejęty, szczęśliwy! Kalejdoskop był dla mnie wtajemniczeniem w piękno, ale i mądrze uczył, że wystarczy mały wstrząs, drobna zmiana perspektywy, by cała nasza rzeczywistość ułożyła się w zupełnie nowy, nieznany dotąd wzór. Pocieszał, że z rozbitych, potłuczonych kawałków codzienności zawsze może powstać coś pięknego. Ale i zaspakajał tęsknotę; był obietnicą dziecięcych nadziei, że świat jest cudem, wyprowadzał z fizycznej sukcesji zdarzeń w coś niematerialnego, co wyrażało się tęsknotą nie do opowiedzenia w słowach.
Mijały lata. Tamten świat zaczął wyciekać bez uprzedzenia. Kalejdoskop pokrył się siwizną kurzu i spoczywał nieruchomo ze swoją obietnicą cudów, do której nikt już oka nie przykładał, bo po cóż to było robić. To sam świat stawał się kalejdoskopem coraz bardziej zmieniających się form, kształtów jakby nie z tej ziemi. Zaczęły blaknąć kolory poranków i zmierzchów, zastępowane przez coraz bardziej idealne kwarcowe kolory ekranów. I stało się tak, że zabrakło nagle prawdziwego chleba, który rósł na drożdżach pod lnianą ściereczką i pachniał żytem. Ten prawdziwy chleb miał skórkę spękaną niczym wysuszona słońcem ziemia, mienił się odcieniami głębokiego brązu. A gdy się go kroiło, odzywał się chrupkim szeptem. Pod jego twardą skorupką kryło się delikatne, sprężyste wnętrze. Za to pojawił się inny chleb – o kształcie doskonale wypukłym, oszustwo zmysłów w foliowej szacie, błyszczący doskonale, choć ognia żywego nigdy nie widział. Zaczęły rodzić się elektroniczne ptaki, które śpiewały głosem czystszym niż te w gęstwinie leśnej. Ludzie przestali podchodzić do okien, kiedy padał deszcz, bo woleli oglądać cyfrowe ulewy, leżąc przed snem ze słuchawkami na uszach i woleli gryźć jabłka, które pachniały rajem, ale nie miały w sobie ani jednej pestki. Pojawili się telewizyjni bajarze mówiący o swoich ekscytujących, niezwykłych przygodach, przeżyciach, których nigdy nie przeżyli. W witrynach internetowych wernisaży było mnóstwo ludzi u kresu życia, którzy nie mieli ani jednej zmarszczki. I myślałem, gdzież temu światu do dawnych kuglarzy, magików. Ten to dopiero potrafi być sztukmistrzem. Ten to dopiero potrafi przewyższać najlepsze dawne jarmarczne sztuczki. Ludzie zaczęli widzieć, że ich własne odbicia w lustrach przestają powtarzać ich ruchy – zamiast tego uśmiechały się piękniej, szeptały o rzeczach rzekomo bardzo realnych, których nigdzie nie można było tak naprawdę zobaczyć. Z czasem pojawił się inny świat – prawdziwy szmaciarz karmiący tłumy ułudą, tą najstarszą jarmarczną sztuczką, która na końcu zostawia człowieka z głodem w duszy i popiołem słów w ustach, świat ze swoim kalejdoskopem układanych co chwila nowych sensów i racji, z jego zmechanizowanym dybukiem, który opętał ludzkość.
Świat został zastąpiony przez swoje własne kopie. Zjawisko to francuski filozof Jean Baudrillard nazwał triumfem symulakrów. Algorytmicznie profilowane tożsamości, idealne filtry na Instagramie czy telewizyjne spektakle informacyjne przestały być odzwierciedleniem realnego świata – unieważniły go, przysypały. Stworzyły świat sklecony z ludzkich niskich, a nawet podłych pragnień – jakże jednocześnie wydziedziczający z prawdziwej wiedzy. Nasz współczesny świat zniszczył podłoże faktów, na którym powstawała prawda. Kiedy kłócimy się, już najczęściej nie spieramy się o fakty, lecz o symulakry faktów. Cyfrowa iluzja wygenerowana przez maszyny, która całkowicie zastąpiła prawdziwy świat, dając ludziom złudzenie normalnego życia. Ludzkość zamknięta w kokonach symulakrów nie widzi tej „pustyni rzeczywistości”, traktuje ją jak coś najbardziej realnego. Nie dostrzega tego, że została zamknięta w wyreżyserowanej starannie sztucznej makiecie świata, którą opisuje się to, czego tak naprawdę nie ma, a co zostało sztucznie stworzone. Taki oto paradoks jest teraz tkanką naszego życia. To w niej tkwi tajemnica odpowiedzi na pytanie o afazję współczesnego świata – przyczynę tego, że przysypywani codziennie lawinami komunikatów, mamy poczucie, że większość z nich nie potrafi wyrazić prawdy o nas samych, o naszej, ludzkiej naturze, o toczącym się właśnie teraz życiu. Nic w tym dziwnego, bo przecież gdy znak traci jakikolwiek związek z realnością i tworzy autonomiczną hiperrzeczywistość, to ta staje się falsyfikatem rzeczywistości. Symulakry nie są zwykłmi, kłamstwami czy pospolitymi zmyśleniami; to bezwstydne fantomy, które nie odsyłają już do żadnej głębszej prawdy, za którymi kryje się często perfidne pragnienie. Wszystko to dokonuje się pod dyktat mediów, sił władzy, które Baudrillard oskarża o ostateczną implozję znaczeń – fałsz zostaje pomieszany z prawdą, to, co błahe, jest zestawione z tym, co poważne. Wyrazem tego są strony internetowe portali informacyjnych, układ zestawień tekstów – informacja polityczna, obok opowieść o boskiej figurze jakiejś aktorki wypoczywającej na Malediwach, tekst o zamachu terrorystycznym, a przy nim rada, jak przygotować pyszny kompot z mirabelek.
W świecie symulakrów informacji przybywa w postępie geometrycznym, a sensu ubywa; rozpuszcza się on w gęstym sosie medialnego szumu. Jesteśmy karmieni ekstazą komunikacji, porno-teologią podglądactwa, gdzie intymność została wystawiona na jarmarczną sprzedaż, a autentyczne ludzkie doświadczenie zastąpiono gotowymi seryjnymi matrycami zachowań, które się eksponuje, narzuca. Gdy ktoś próbuje temu się przeciwstawić, to zaraz jest degradowany do stopnia „ciemnogrodu”, postaci ze średniowiecza”. W konsekwencji tego stajemy się coraz bardziej pasywnymi konsumentami widm, żyjemy życiem, którego nie ma, a w które każe się nam wierzyć, jakby było nowym, lepszym Bogiem. Dramat jest tym większy, że ten nowy osobliwy kalejdoskop-świat co chwila zmienia swoją postać. Ledwie „po-istnieje”, już staje się czymś innym.
Śmierć, zniszczenie i cierpienie, choć boleśnie realne dla ludzi, dla zewnętrznego obserwatora zostają zapośredniczone przez ekrany smartfonów i telewizorów. Wojna ulega estetyzacji i konceptualizacji, stając się produktem medialnym poddawanym regułom algorytmów. Przykładem tego jest to, czego dowiadujemy się o wojnie między Rosją a Ukrainą. Już choćby samo nazwanie jej „operacją specjalną” nadaje tej wojnie nieprawdziwą istotę rzeczy. Opowieści o niej mają chwytliwe podkłady muzyczne i wyświetlane są między filmami o kulinariach a filmami z jakimiś nowymi układami tanecznymi. Tym samym powstaje cyfrowy spektakl, którego sukces mierzy się liczbą wyświetleń, polubień i udostępnień, a zawarte w nim przerażające zdarzenie rozpływa się i nie jest w ogóle pretekstem do jakiejkolwiek refleksji. Wiele obrazów tej wojny zostało stworzonych przez symulator wojskowy Army 3. Charakteryzuje się on wyjątkowym realizmem, autentycznym odwzorowaniem sprzętu oraz potężnymi narzędziami do tworzenia symulacji i prowadzenia modyfikacji rozgrywki wojennej. Cechy te, w połączeniu z masowym dostępem do mediów, sprawiły, że powstająca w ten sposób cyfrowa fikcja zaczęła być powszechnie mylona z tragiczną rzeczywistością linii frontu i tak pokazywana, żeby stworzyć wrażenie, że oto mamy do czynienia z historią podobną do historii antycznych herosów, z tą różnicą, że walczących nie pod Troją, a na Ukrainie. I co w niej jest istotne dla publicystów? Publicystyka związana z tą wojną jakże często nie odsłania anatomii konfliktu, a jest objawem kryzysu racjonalności i humanizmu, tworzy hiperrzeczywistość. Nieustannie produkuje tautologie: komentuje komentarze, analizuje analizy i cytuje tweety, tworząc zamknięty obieg treści odciętych od realnego świata wojny. A skutek tego jest taki, że dochodzi tu do swoistej znieczulicy poznawczej – ludzie, konsumując codzienną dawkę takiej publicystycznej retoryki, mają iluzję uczestnictwa i zrozumienia, kiedy tak naprawdę zostają odepchnięci na bezpieczny dystans od autentycznego, niewyrażalnego dramatu człowieka wplątanego w sieci wojny. W tej narracji fakty są swobodnie zastępowane przez fabrykacje, które mają przed wszystkim zaspokajać potrzeby emocjonalne widzów i osiągnąć cele polityczne. Symulakry niekiedy opakowywane są w formy mitów. Przykładem tego jest legenda o „Duchu Kijowa” – asie myśliwskim, który w pierwszych dniach wojny miał sam zestrzelić kilkanaście rosyjskich samolotów. Choć ukraińskie wojsko przyznało później, że postać ta była zbiorową kreacją medialną, przez długi czas istniała ona w świadomości ludzi jako fakt. To klasyczne symulakrum: obraz bez realnego desygnatu.
Wojna jako symulakrum odkleja się od swojego fizycznego podłoża – przestaje być tragedią ludzką, a staje się elementem popkultury. Pomyślmy o tych wszystkich telewizyjnych, radiowych „dyskusjach” o wojnie na Ukrainie – ileż w nich żywej, prawdziwej refleksji tworzonej w oparciu o realne fakty, historie, w których bohaterem jest cierpiący człowiek, z jego tragedią, jego zrujnowaną na różne sposoby psychiką? Co zajmuje ludzi w tych dyskusjach, co jest głównym tematem ich sporów – często, ile kto będzie miał korzyści z „odbudowy Ukrainy”. A prawda, która tkwi w tragicznej historii człowieka, co z nią? Ona już dawno została złożona do grobu, na którym palą się znicze symulakrów. I znowu powieść Ericha M. Remarque’a „Na zachodzie bez zmian” przemawia swoją jakże aktualną przerażającą prawdą, która domaga się wykrzyczenia. Ale akt otępienia moralnego, o którym pisze Remarque, przedstawiając historię „straconego pokolenia” – młodych ludzi, którym I wojna światowa odebrała młodość, tożsamość i przyszłość, to nie tylko coś, co dotyczy tych, którzy widzą na własne oczy wojnę, są wciągnięci w jej wir. On dotyczy także tych, którzy zanurzeni w świecie symulaktrów są pozornie poza wojną na Ukrainie. Oni niezauważalnie doznają trwałego kalectwa uczuciowego, desensytyzacji, pozostawiają prawdziwe życie poza sferą swoich zainteresowań, stają się analfabetami emocjonalnymi.
Świat jako symulakrum jest śmiertelną pułapką, w której zamieniliśmy chleb na zapach chleba, a żywą wiarę na jej cyfrowe błyskotki. Zmęczeni własnym oszustwem i pogonią za iluzją, być może jeszcze zatęsknimy za światem, którym można dotknąć i objąć prawdziwie człowieka, usłyszeć cichy głos Boga w ciemności – bo tylko pamięć o tym, co śmiertelne, grzeszne, głodne i zdolne do prawdziwego żalu, ma moc, by rozbić szklane domy iluzji i przywrócić nas ziemi i sprawić, że będziemy mogli znowu wziąć do ręki kalejdoskop w dziecięcym zachwycie światem.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)