Artur Lewczuk Artur Lewczuk
30
BLOG

Zbrodnia w języku

Artur Lewczuk Artur Lewczuk Społeczeństwo Obserwuj notkę 3

Nikt już nie pamięta, kiedy przyszło do naszej wsi. Ale ludzie mówią, że pierwszy raz pojawiło się u Janków. Oni zawsze chcieli być tacy postępowi, nowocześni. Ledwie się w mieście pojawiło co nowego, to zaraz i u nich było. No i stało się pewnego razu, że kiedy Janek wrócił do domu z gminy, bo wyjechał wcześniej za jakimiś urzędowymi sprawami, to położył na drewnianym stole zeszyt i narysował na pierwszej jego stronie doskonałą przebiegająca przez środek kartki linię. Potem długo patrzył Alinie – swojej żonie w oczy, i głosem mocnym, takim co to nie dopuszcza jakiegokolwiek sprzeciwu, powiedział: „Od dzisiaj ja dla ciebie partner, a ty dla mnie partnerka. Wszystko teraz po połowie”. Minęło trochę czasu i patrzę, że i tu i tam w naszej wsi, a i nawet gdzie indziej słychać: „Partnerze! Partnerko!”. Choroba równości, partnerstwa, ta zaraza przebrzydła rozniosła się tak po naszej wsi, że już mało kto na nią nie zapadł. Tak pewnie opowieść o tym, co dzisiaj jest jednym z potworów naszych czasów, o słowie „p a r t n e r”, zacząłby Sławomir Mrożek – autor „Wesela w Atomicach”. 

Kolonizuje ono coraz bardziej nasz świat Czyni to prawie niezauważalnie, lecz z bezwzględną konsekwencją, wkraczając do uniwersyteckich auli, chłodnych gabinetów i wreszcie tam, gdzie dotąd istnieliśmy swobodnie, prawdziwie – w przestrzenie naszych domów. Za tym zjawiskiem nie stoi jednak niewinny kaprys epoki ani ulotna moda lingwistyczna. To pryszczaty skutek systemowej operacji na ludzkiej psychice, w której słowo „p a r t n e r” staje się chirurgicznym skalpelem, odcinającym nas od dawnych mitów, mądrości tradycji.

Współczesny świat to osobliwy kolonizator. Dawnej konkwiście nadał nowy wymiar – kolonizacji człowieczej duszy, którą próbuje podbić i zagarnąć poprzez narzucenie karbów „konieczności”, pragmatyzmu i zinstytucjonalizowanego życia. To nie jest świat, który toleruje boczne ścieżyny, wertepy istnienia, a i obca jest mu na ogół święta bezinteresowność. Działa on jak gilotyna: systematycznie odcina wszelkie przejawy fantazji, zmuszając człowieka do „pełnienia społecznie użytecznych ról”. Dusza, która w tajemniczej epoce dzieciństwa była bezkresnym, tętniącym życiem oceanem możliwości, w tym świecie zostaje skolonizowana i wtłoczona w ciasne ramy urzędowego ukazu. Człowiek tym samym traci zdolność widzenia cudu w rzeczach zwyczajnych. Dla tego świata słowo „p a r t n e r jest tym, czym statek „Santa Maria” dla Kolumba.

Doskonale nadaje się do tego zadania, bo pochodzi bezpośrednio z języka handlu, fuzji i kontraktów biznesowych. Świat współczesnej władzy różnej maści, narzucając słowa „p a r t n e r”, „p a r t n e r s t w o” relacjom innym niż handlowe – uczuciowym, dokonuje przebrzydłej manipulacji: zamienia czułego człowieka w menedżera własnego życia emocjonalnego, który zaraz chce hałaśliwie obnosić się zrodzonym w nim nowym cz ł o w i e k i e m-p a r t n e r e m. P a r t n e r s t w o to doskonałe narzędzie przeobrażania, bo wymaga ciągłej „optymalizacji”, „bilansowania wkładów” (podziały obowiązków i płacenia za wszystko pół na pół) oraz „monitorowania efektywności związku”. Służy znakomicie stworzeniu idealnego, elastycznego konsumenta, który nawet w miłości nie wyłącza racjonalnego kalkulatora – posługuje się nim nieustannie, obliczając wartość, opłacalność każdej czynności. Znika tym samym korespondencja dusz. Uczucie przestaje być mistycznym, bezwarunkowym przymierzem, a przepoczwarza się w życiową spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Kiedy fuzja przestaje przynosić satysfakcjonujące dywidendy jej akcjonariuszom, to się ją bezgłośnie i w sposób „cywilizowany” rozwiązuje, a tak – najlepiej „za porozumieniem stron”, by móc spokojnie wrócić na rynek życia jako wolny, gotowy do kolejnych transakcji przedmiotowy podmiot.

Fundamentalną funkcją słowa p a r t n e r jest zaoferowanie współczesnemu człowiekowi psychologicznego parawanu przed lękiem. Żyjemy w epoce, która panicznie boi się ostatecznych deklaracji, ciężaru odpowiedzialności i bólu z powodu ewentualnej straty. Dawne słowa – takie jak umiłowany, przyjaciel, narzeczona – niosły ze sobą ogromne ryzyko. Zmuszały do samookreślenia, podejmowania decyzji, wiązały z konkretną tradycją, nakładały społeczne i prawne zobowiązania, odsłaniały czasem niewygodne prawdy o nas samych. P a r t n e r eliminuje to ryzyko. Jest słowem-bunkrem, w którym można ukryć doskonale siebie przed wszelkimi wyzwaniami, trudami życia, przed obnażeniami prawdy o nas samych. Służy też ono ukryciu własnego codziennego statusu, naszego charakteru, naszych emocji przed światem zewnętrznym, innymi ludźmi. Pozwala żyć w wiecznym, komfortowym zawieszeniu – bez konieczności definiowania horyzontu czasowego współistnienia z kimś ani stopnia zaangażowania. P a r t n e r e m można być przez weekend, a można przez kilka lat; słowo to w żaden sposób nie zdradza, czy jutro spakujemy walizki. Rozpowszechnianie tego pojęcia służy więc instytucjonalizacji tymczasowości – daje nam iluzję bliskości przy jednoczesnym zachowaniu dłoni na klamce ewakuacyjnej, którą możemy nacisnąć w każdej chwili. A instytucjonalizacja tymczasowości to dla współczesnego człowieka zdobycz godna łupu wyniesionego przez złodzieja w czasie napadu na bank.

Wreszcie, w najszerszym zakresie, triumf p a r t n e r a służy wielkiemu, globalnemu projektowi unifikacji ludzi, neutralizacji języka, który mógłby człowieka zaprowadzić na pola humanizmu. Współczesna kultura technokratyczna dąży do usunięcia z przestrzeni publicznej i prywatnej wszystkiego, co skrajne, asymetryczne lub potencjalnie ma demaskatorski charakter i podejrzanie pachnie człowiekiem stworzonym przez Boga. Dawny język miłości był pełen niebezpiecznych napięć: znał pojęcie władzy, hierarchii, oddania aż po zatracenie, a także urok dusznego, erotycznego przyciągania. Rozpowszechnianie słowa p a r t n e r to wszystko znosi, by służyć w oswojeniu człowieka z tandetą, kiczem, przeciętnością, pozbawić go jego dramatycznego, poetyckiego wymiaru życia na rzecz funkcjonalności. P a r t n e r s t w o to triumf „zdrowego rozsądku” nad tajemnicą, kontraktu nad spontanicznością. I choć pod jego szyldem dostajemy relacje bezpieczne, bo przewidywalne i wolne od dawnych, patriarchalnych zależności, warto pamiętać, jaką cenę płacimy za ten komfort. Wchodząc w wiek idealnej, p a r t n e r s k i e j s y m e t r i i, dobrowolnie rezygnujemy z prawa do miłości, która potrafiła wyrwać człowieka z objęć egzystencjalnej nudy i nadać jego istnieniu posmak prawdziwego sacrum. A teraz tylko patrzeć, kiedy ludzie, dotknięci urokiem słowa p a r t n er, zaczną nosić w kieszeniach małe, mosiężne wagi aptekarskie, żeby ważyć nimi wszystko i sprawdzać, czy ktoś drugi nie oszukuje i rzeczywiście wnosi pięćdziesiąt procent wkładu. I tylko patrzeć, kiedy zapomną, że bliskość bywa niesymetryczna, że czasem niesie się kogoś na plecach przez bagniste lata, nie żądając niczego w zamian. Słowo p a r t n e r wymazało pojęcie łaski i bezwarunkowości. Zastąpiło je bilansem zysków i strat. Zamiast głębokich korzeni, które wrastały w duszę i splatały się w tajemnicach pragnień, więzi człowiecze stają się się jak rośliny hydroponiczne – odżywiane chemią modnej formy, rosnące bez ziemi, pozbawione oparcia, gdy wicher burzy zaczyna nimi targać. I nic dziwnego, że plącze się między ludźmi coraz więcej ludzi, którzy próbują otworzyć usta, żeby powiedzieć Skarbie, Anisiu, jednak język, wykrzywiony przez miesiące bezpiecznej, partnerskiej gramatyki, nie potrafił już ułożyć się w tak ryzykowne słowa. W gęstniejącym mroku, wielkie nocne motyle duszy, szukając światła, coraz częściej uderzają więc skrzydłami w szyby zamkniętych okien 

Współczesność dokonała na sztuce tworzenia uczuciowych więzi brutalnego mordu w imię „transparentności” i wygody. Narodziny cyfrowego świata i triumf spłaszczonego języka – którego symbolem stało się powszechne, internetowe „ty” oraz korporacyjny, wyprany z płci, mdły w swoim brzmieniu p a r t n er zlikwidowały przestrzeń między ludźmi. A przecież, żeby iskra mogła powstać i przeskoczyć, potrzebne są dwa odrębne bieguny i dzieląca je odległość. Kiedy znosimy dystans i od pierwszej sekundy stajemy się dla siebie „tobą”, iskra nie ma gdzie zaiskrzyć. Być może nadszedł już czas, by odrzucić ten bezpieczny, urzędowy parawan p a r t n e r s t w a. Zaakceptować fakt, że drugi człowiek nie jest naszym wspólnikiem w biznesie zwanym życiem, ale kimś o wiele bardziej niebezpiecznym – naszym schronieniem, naszą zgubą, naszym losem. Aby to jednak poczuć, musimy najpierw odważyć się wypowiedzieć słowa, które z lęku przed poparzeniem skazaliśmy na banicję. Jak to zrobić? Otóż wystarczy wrócić do polszczyzny, sprawić, aby Polacy na nowo zakochali się w swoim języku. Przypomnieli sobie, że język polski nie tylko jest jednym z najtrudniejszych języków świata, ale i jednym z najbardziej ludzkich. A dlaczego tak jest? A to już temat na kolejną opowieść.


"Pisz piórem, kochany Francesco. Słowa pisane mieczem nie są trwałe. Pióro i zeszyt to prawdziwe fundamenty prawdziwego mocarstwa." Bolesław Miciński

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo