Szanowni Państwo, Drodzy Koledzy!
Poniższytekst ukazałsię24.12.2008 o godzinie 14 z minutami. Ukazał się aby zniknąć na wsze czasy. Gwoli porządku i archiwalnej sumienności pozwalamy sobie zamiescić go jeszcze raz.
Po zmierzchu nad okopami niemieckimi strzelcy z pułku 6th Gordon Highlanders zobaczyli setki światełek. Niedługo później usłyszeli, z początku pojedynczych śpiewających kolędy, rosnące z chwili na chwilę kaskada dołączających głosów. Nagle w po tej stronie, jakby chcąc iść w szranki walki na bożonarodzeniowe pieśni, rozległ się potężny śpiew radujących się z narodzin dzieciątka. I tak po obu stronach płynęła melodia za melodią. I nagle, gdy Szkoci zaintonowali „Holly night” wydało się im, że z przeciwnej strony ziemi niczyjej odpowiada im echo. Ale nim przebrzmiała pierwsza zwrotka Niemcy dopędzili melodię i oto nad dwiema liniami okopów i zasieków, nad pasem ziemi zrytej lejami po pociskach popłynęła opowieść o Świętej Nocy. Jeszcze w jej trakcie z niemiecki pozycji powstała jakaś postać i powoli, z podniesionymi rękoma, ruszyła ku pozycjom brytyjskim. Gdy dotarła do środka „ziemi niczyjej” zatrzymała się jakby na kogoś czekając. Wówczas jeden z górali oddał stojącemu najbliżej koledze swój karabin, wspiął się na brzeg okopu i, równie wolno, ruszył ku przybyszowi. Jego koledzy z niepokojem obserwowali okopy po przeciwnej stronie. Nawet nie zauważyli, że śpiew zamarł. W dwie postaci zbliżające się ku sobie w tej nieziemskiej scenerii patrzyły teraz setki oczu. Gdy Szkot stanął przed Niemcem tamten sięgnął do kieszeni i wyjął kawałek chleba. Ułamał kawałek i podał przybyłemu. Po chwili uścisnęli się i każdy w swoim języku życzył drugiemu samych dobrych zdarzeń. Bo takich teraz najbardziej potrzebowali. W tym momencie z obu stron podniosły się inne postaci i ruszyły śladem tych pierwszych. I, choć nie wiadomo jakim cudem, niedługo podobnie działo się wzdłuż całej linii pod Ypres. Nim przyszła północ a z nią ponownie narodził się Zbawiciel, kapitan Stockwell uścisnął dłoń swemu odpowiednikowi z drugiej strony.
I tak przez następne dni … A później przez kilka kolejnych lat nie było nawet takich Świąt
28.11.2008r.
Lubiczu Drogi
Twoja dyskusja z Futrzakiem (sprzeczka, kłótnia...) niejako przypieczętowała myśl o tym liście. Ale chodzi on za mną właściwie od czasu nie zaszczyconych przez Ciebie urodzin Salonu. Tam zwróciłem bowiem uwagę na coś, co mi już wcześniej świtało w rozmowach z Tobą, Futrzakiem, Cezarym Krysztopą, Consolamentum. O tym właśnie z Futrzakiem rozmawiałem w Warszawie. Zarówno czytając całkiem niemałą część salonowej twórczości jak i wymieniając opinie z autorami zauważam straszliwy dysonans między tym jak myślimy a tym, w czyim imieniu. I, wybacz Lubiczu drogi, to ostatnie, z rożnych pobudek, dotyczy i mnie i Ciebie i w zasadzie wszystkich. Choć bowiem czasem poważymy się na jakiś odruch apostazji od przypisanej linii to jednak w zasadzie linia frontu została wytyczona i na "ziemie niczyją" zapuszczamy się rzadko. A w tym wojennym szale umyka nam to, że tak naprawdę bić się nie warto. W oglądanym przeze mnie raz w życiu filmie Bondarczuka (zrobionym na Zachodzie) Waterloo jest (ponoć historycznie udokumentowana) scena gdy w czasie walki wręcz jeden z angielskich szeregowców nagle staje i krzyczy "Czemu my się zabijamy! Przecież nawet się nie znamy. Nic sobie złego nie zrobiliśmy!" Po czym umiera przebity francuskim bagnetem. Cóż, może Francuz nie był poliglotą. A my? My też zaczynamy być zbiorowością, której Bóg pomieszał chyba języki. Niby używamy tych samych słów i frazeologii a dogadać się nie umiemy.
Kiedy patrzyłem na rozmowy ludzi w "Rozdrożu" widziałem przede wszystkim potężny potencjał (może Cię to rozśmieszy ale mówiłem o tym Futrzakowi z wypiekami chyba). Krysztopa ze śmiechem pokazał mi jednego pana i rzekł "To xxxxx. Ciągle na mnie bluzgał i nawet w gniewie gdzieś wklejał moje teksty. Porozmawiałem z nim. Bardzo sympatyczny człowiek". Ja powiem szczerze że tam rozmawiałem czy choćby zamieniłem słowo z paroma osobami których nijak nie umiem usytuować w tej naszej wojnie. Bo tam jej nie było.
Wrócę do tego, co napisałem. Jesteśmy potencjałem złożonym z jednostek bijących na głowę tych o których skaczemy sobie do gardeł. To jest ironia losu ale chyba już tak utrwalona że nic nas z tego nie wyrwie. Zresztą nawzajem się w nią wpychamy. Kiedyś jakoś tak po równo obdzielałem (co pewnie pamiętasz) obie strony. Ale walka o to, by inni postępowali podobnie zakończyła się klęską. Zresztą takie radykalizowanie zauważyłem choćby u Cezarego. Nie ukrywam, że nie ma dla mnie na scenie świętych i że trudno mi kogokolwiek szanować. A na obecnych pozycjach jestem z powodów kilku. Po pierwsze zawsze staję po stronie bitego gdy racja bijących jest wątpliwa. Po drugie mój instynkt samozachowawczy już dawno włączył czerwone światło wobec tego, że nam tapecie mediów zamiast rządzących jak być powinno dla dobra obywateli, jest opozycja. To sytuacja chora. A ja jej nie uleczę ale choć ocieram w gorączce. Ale jasno mówię, że nie warto. Nie dla Palikota, Brudzińskiego, Tuska, Kaczyńskiego, Pawlaka... Tak naprawdę bycie ich harcownikami uwłacza nam jeśli dla tego atrakcyjnego choć jałowego zajęcia narażamy nasze relacje. Na początku powiedziałem, że twoja dyskusja z Futrzakiem miała dla mnie wymiar symboliczny. Bo Ty, on, lestat i Krysztopa stanowicie dla mnie w salonie kategorię specjalną, widzianą i doświadczaną bardziej niż tylko w postaci komentarzy wzajemnych ( trochę dalej są Consolamentum, Sowiniec i toyach ale dlatego, że krócej i bez okazji). Zabawne, że w układzie jeden "mój" i trzech "obcych". I prawdę mówiąc bałem się nieco że w dyskusji przesadzicie. Bo jakbym parzył gdy mi się kumple leją a ja nie wiem którego bić a którego osłaniać.
Nie wiem czy czytałeś teksty Rybitzkyego, Jareckiego czy toyah z czasów kryzysu pani Kruk. Wtedy po raz pierwszy doszedłem do wniosku, że możliwe jest zrzucenie tego garbu, co nas krępuje. Szkoda akurat że nic podobnego nie znalazłem po stronie drugiej. Choć może się mylę. I że możliwe jest głośne powiedzenie (bluźniercze bardzo choć mnie się kojarzy z jedną z lektur ulubionych- z "Okiem w piramidzie" a nie z Lucyferem) "non serviam!" i cięcie po każdym kto zasłuży tak, jak zasłuży. Umiemy wszak jak mało kto i ocenić to i dobrać słowa.
To nie jest nasza wojna w której do siebie strzelamy. Pod sztandarami miernot, cwaniaków i wątpliwych autorytetów stoją szeregi umysłów godnych stokroć lepszych patronów i tysiąckroć istotniejszych sporów. Myślisz, że jest możliwe by tak zostały wykorzystane?
Pozdrawiam serdecznie z wyrazami szacunku oraz ucałowaniami dłoni i ukłonami dla rodzicielki.
rosemann
29.11.2008r.
Rosemannie drogi,
"To nie jest nasza wojna w której do siebie strzelamy. Pod sztandarami miernot, cwaniaków i wątpliwych autorytetów stoją szeregi umysłów godnych stokroć lepszych patronów i tysiąckroć istotniejszych sporów".
Masz do tego stopnia rację, że to aż boli. Po jaka cholerę chlastamy się po oczach i skaczemy sobie do gardeł zamiast tak zwyczajnie usiąść i pogadać o sztuce czy o panienkach. Żadnych tam patriotycznych uniesień, historycznych idoli czy mesjanistyczno-idealistycznych argumentów.
Ale to nie my. Odwieczne przekleństwo bycia inteligentem. Przekleństwo gadacza i myśliciela w odwiecznej pogoni za Gralem. Dwa kroki za rzeczywistością i dwa kroki przed odkryciem prawdy. Uważamy, ze musimy (mamy obowiązek) mieć odmienne zdanie, pokazać niesprawiedliwość, ująć sie za słabszym, pokazać podłość i kłamstwo, etc. Uratować niewinna dziewice i zabić strasznego smoka ;-).
Z jednej strony uzurpujemy sobie miejsce na samym czele jako intelektualna elita z drugiej strony kusi nas przekorna rola advocatus diabli. Bo we krwi i w genach mamy zapisane, że prawda ma więcej niż jedno oblicze. Wiemy ze to co widzimy to tylko krzywe lustrzane odbicie. A pod tym obrazem jest następny i następny. Przez cale życie uczymy sie konwersacji i prowadzeniu dialogów aby później nie umieć tych umiejętności wykorzystać.
A propos Waterloo to ostatnio obejrzałem przynajmniej ze trzydzieści dokumentacji na temat I Wojny Światowej. Pod Verdun dzienna "średnia" sięgała 40 000 zabitych. Ilu z nich miało pojecie o co chodzi? Ilu z nich z ochota zamieniłoby sie z nami miejscem i czasem? Waterloo dla jednych jest symbolem klęski - dla drugich epokową wiktorią. Po ponad 50 latach spędzonych na tym padole i to nie w jednym biotopie-bagienku ale w kilku, siłą rzeczy nabrałem pewnego dystansu do historii i do codziennych newsów. Powiedzmy, że zrobiłem sie konformistą. Bycie "zawodowym" cudzoziemcem zmusza niejako do tego.
Wyobraź sobie moja konsternację gdy okazało sie ze ojciec jednego z moich kumpli w Austrii był oficerem Waffen-SS. Po wojnie słynny na całą Europę budowniczy mostów. Miałem zerwać z kumplem wszelkie stosunki towarzyskie czy miałem z nim rozmawiać o mojej zatłuczonej (dosłownie) w Powstaniu rodzinie? Sporo z rodziców moich szkolnych kolegów pracowało w KC PZPR. Zapewniam Cię, że byli wśród nich też niezwykle sympatyczni ludzie (mam na myśli kolegów). Mieszkałem przez pół roku w jednym pokoju w akademiku z XX. Osobą znaną teraz z mediów. Mieliśmy wiele problemów (całkowicie odmienne charaktery. On raczej typowy intelektualista, (młody, gniewny z końcówki lat siedemdziesiątych, ja zabawowy wolnoduch) ale nigdy nie doszło miedzy nami do otwartej wojny i racjonalnie postanowiliśmy wymienić sie pokojami i sąsiadami. Dwóch inteligentów którzy uznali, ze nie warto dalej dyskutować a tym bardziej bić się po pyskach.
Jak napisałem rzeczywistość to wszystko, to tylko krzywe odbicie a prawdy są różne. I właśnie dlatego nie lubię wszelkiej ekstremy bo ta, dzieląc świat na czarne i białe tego nie dostrzega, zabijając w zarodku wszelką możliwość dialogu.
Pozdrawiam serdecznie
Lubicz
Wieden, 29.11.2008.
Lubiczu,
Wysyłam obrazek Kobiety Mojej Kochanej. Strasznie przeżywa bo robiła na szybko i przy braku wszystkiego. Wklej pod swoim listem jako integralną część notki.

PS. Doszlismy do wniosku, że zostawiamy nasza dyskusję bez poprawek, tzn. tak jak była pisana na gorąco. Jacku synu Alfreda powstrzymaj sę. To jest dokument korespondencji ;-)
Przy okazji życzymywszystkim uczestnikom Salonu miłych, zdrowych i spokojnych Świąt i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
Do poniedziałku 29.12. jesteśmy niestety off-line



Komentarze
Pokaż komentarze (1)