Pamiętam, jak w szkole podstawowej ośmioklasowej, witaliśmy z uśmiechami na ustach belfrów, którzy zapowiadali test w ramach tradycyjnej klasówki. Zaraz potem studzono naszą radość, wyjasniając, że test owszem, ale nie będzie testem wyboru, jak dziś mogę powiedzieć, tylko pytania dostaniemy na kartkach. Belfer zadał sobie trud (nie ściągnął z internetu) przygotowania kart z pytaniami, powielił je w mieście wojewódzkim i rozdał, żeby uczniaków pognębić.
Podobno w ten sposób uczono nas (staroszkolnych) wiedzy encyklopedycznej, ta zaś jest zła. Więc obecnie młodzież i dzieci uczy się myśleć. Rosną w ten sposób wyrachowane pokolenia gimnazjalistów, wyuczonych chłodnej kalkulacji.
Młodzież dokonuje rachunku SWAT, podchodząc do przyszłych testów. Bo teraz szkoły testami stoją. W dodatku tymi, o których marzyliśmy (my - staroszkolni) w podstawówkach. No bo tak, jak są trzy możliwe odpowiedzi, to przy minimum wiedzy (a taką, jak pamiętam zawsze się miało) miało się zapewnione przynajmniej zaliczenie testu na ocenę dopuszczającą.
Dzisiejsi uczniowie, których zdążyłem poznać najpierw uczą się kalkulować co im się opłaca. Nie marnują czasu na coś co im nie leży, czyli wymaga uruchomienia kilku połączeń w mózgu więcej, niż uważają to za konieczne. Jak mają zdawać egzaminy, to dostają kolejne testy, które też nie wymagają wiedzy, tylko umiejętności ich rozwiązywania. Zupełnie, jak debilne testy na prawo jazdy, których nie sposób się nauczyć, trzeba poznać na nie sposób i zdaje się je śpiewająco, choć nadal zastanawiając się, dlaczego nei uczą tego co powinny.
Młodzi poznają więc sposoby na testy, jak staroszkolni sposoby na swoioch Alcybiadesów. Zwieńczeniem tego systemu jest dyskusja na temat nauki na studiach wyższych. Dlaczego? Bo wyszkoleni, do szukania jak szczury laboratoryjne wyjść z labiryntu, sposobu na testy gimnazjaliści wszelkiej maści, trafiają na tym poziomie edukacji na ludzi, którzy oczekują ludzi myślących, czasem szukających innych rozwiązań, a nie cwaniaków szukających łatwych rozwiązań.
Jest jednak "nisza", dla której ten system jest dobry. Produkuje on idealnych pracowników do wielkich koncernów, w których myśleć powinna wąska grupa pracowników zarabiających w nich najwięcej. Reszta ma tylko kalkulować, jak najszybciej wykonać wyuczoną czynność, nie znając jej sensu, dość, żeby zmieścić się w normie i dorobić się tytulu pracownika miesiąca.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)