Kiedyś wojny były stuletnie. Po wojnie trzeba było kolejnego półwiecza, żeby państwa podniosły się ze zgliszczów. Teraz mamy jeden za drugim blitzkrieg. Zdarza się jednak, że błyskawiczny atak ugrzęźnie w jakimś błocku, górach czy innym piachu i cel mu się rozłazi. Ponieważ cel po drodze ginie, armie go gubią i koszty "akcji błysk" rosną. Jak rosną koszty, to wszyscy płacą.
No i płacimy. Jak Niemcy rozdarte kryzysami w trakcie i po pierwszej wojnie światowej. No bo prochu nie wąchamy, a ciągle ktoś nam mówi o wpływie tej czy innej wojny, groźby konfliktu, na ceny bochenka chleba w sklepiku pani Stasi.
Pani Stasia stoi za ladą sama, bo wszystkie jej pracownice, na które jej nie było stać, wyjechały do krajów naszych sojuszników, zarobić na otwarcie konkurencyjnego sklepiku pracą w markecie. Zza kontuaru pani Stasia chętnie tłumaczy na czym polega mieszkanie w globalnej wiosce: że jak na przyklad nasi w Afganistanie giną, to więcej sojuszników musi jechać do nich na pomoc.
Tych sojuszników przerzuca się z Iraku, bo jakoś w cywilizowanych krajach brakuje amatorów wakacji z dreszczykiem. Tam nie ma komu pilnować rur z ropą, takich jak u nas (pod Gdańskiem - jak mówi Mietek - kuzyn pani Stasi), tylko większych. I te Araby, co ropy nie potrzebują, bo na wielbłądach jeżdżą (pani Stasia wie, bo była na wakacjach w Tunezji) wysadzają te rurę, bo smykałkę mają do fajerwerków.
Kiedy te Araby, co się nie znają na budowie rurociągów, bo je musiał stryjek pani Stasi za Gierka im budować, jebutną jedną czy drugą taką rurę, to się okazuje, że ta ropa co nimi płynie się zapali i trzeba więcej płacić za te ropę co się wypaliła. No i tego pani Stasia nie rozumie.
No bo jak jej kuzyn Mietek (ten z Gdańska) opowiedział, że u nich na Pomorzu krety rozrtyły rurociąg, to pompowały paliwo przez trzy miesiące, zanim się policja i ochrona rurociągu połapały. Cała okolica jeździła prawie za darmo, w piwnicach stały beczki z ropą, ale paliwo nic więcej niż zazwyczaj nie podrożało w cepeenie.
No, ale o rurze pod Gdańskiem pisały tylko rzepa i wybiórcza. O dziurze pod Bagdadem napisał Nju Jork Tajms. Jak tajms napisał, to makler na Wall Streat się wystraszył. W pierwszej chwili. Później wyjrzał przez okno na rząd sunących ulicą taksówek. Później pomyślał o swoim dżipie w letniej rezydencji i dżipach swoich kolegów, tysiącach paliwożernych smoków krążących po szosach jego wielkiego kraju i uśmiechnął się do siebie. I naszego maklera olśniło, jak Archimedesa czy innego Newtona. Zamiast: eureka, krzyknął jednak: euro! I wziął się do pracy.
Następnego dnia pani Stasia odruchowo podpisując fakturę z piekarni, też krzyknęła: O, k..., bo pani Stasia, jest twarda kobieta, co jak trzeba w słowach nie przebiera. Kierowca, zasłaniając się, jakby miał zaraz dostać między oczy streścił jej: Irak, ropa, baryłka, biopaliwa, rzepak, pszenica, eksport, rezerwy...
Kiedyś, gdy z pobojowisk ptactwo rozniosło dżume czy inną cholerę, to epidemia dotykała całego znanego truchłom wojowników świata. Zanim się rozeszła zajęło jej to trochę czasu. Podobnie, jak kryzys po wykończeniu kontynentu walkami. Wiadomo, wypalona ogniem ziemia, musi odetchnąć, żeby znowu zacząć rodzić.
Dziś dżuma i ogień trawiący ziemię rozchodzą się tak szybko, że szybciej przyzwyczajamy się do pojawiających się jeden za drugim kryzysów, niż zauważymy, że minął ten, od którego wszystko się zaczęło. A zaczeło się, jak śpiewał bard zawsze tak samo: "niech żyje wojna, wroga bij w imię Boga, za cudzą kieszeń oddaj młode życie swe"



Komentarze
Pokaż komentarze (1)