Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
511 obserwujących
731 notek
4167k odsłon
  3537   10

W uścisku dwóch fanatyzmów

Polskich obywateli i polską gospodarkę niszczą dzisiaj dwa fanatyzmy: klimatyczny i wojenny. Z fanatyzmami walczy się ciężko. Być może potrzebny jest wstrząs, ale wstrząs zawsze jest bolesny i niesie ofiary.

Rozmawiałem dopiero co z moim przyjacielem. Przyjaciel mieszka w domu – nie jakimś ogromnym, ot, zwykły bliźniak w peryferyjnej dzielnicy dużego miasta. Nic oszałamiającego. Przyjaciel jest też człowiekiem zamożnym. Nie bogaczem z prawdziwego zdarzenia, ale z pewnością zamożniejszym niż zdecydowana większość Polaków.

Mieszkanie we własnym domu do niedawna mogło być marzeniem wielu. Dzisiaj, jeśli ktoś ma pojęcie o wzroście cen energii, może się cieszyć, że we własnym domu nie mieszka, a już zwłaszcza, jeśli ma centralne ciepło sieciowe i nie musi dbać o ogrzewanie sam. To oczywiście nie jest normalne. Przypomina to sytuację, gdy z powodu absurdalnie wysokich podatków ludzie cieszą się, że mało zarabiają, bo oznacza to, że państwo mniej im zabierze.

Mój przyjaciel ciepła sieciowego nie ma, natomiast ma piec olejowy. Ponieważ pisałem ostatnio głównie o problemach Polaków, którzy ogrzewają się węglem, więc aby swoją wiedzę poszerzyć, zapytałem o sytuację z ogrzewaniem olejowym. Okazało się, że kupując olej opałowy na cały sezon, a także drewno do piecyka zapewniającego alternatywne ogrzewanie płaszczowe (w mieście, gdzie mieszka mój przyjaciel, szczęśliwie nie wprowadzono idiotycznego zakazu palenia drewnem, ale też nie sądzę, żeby w obliczu zimna ktoś się nim szczególnie przejmował), mój przyjaciel zapłacił w tym roku o siedem tysięcy więcej niż rok temu. Jak wspomniałem, mówimy o osobie dość zamożnej, ale nawet dla niego jest to istotny finansowy drenaż. Dla pełnego obrazu: mój przyjaciel ma także na dachu kolektory słoneczne do ogrzewania wody. „Powiedz mi, co ja mogę jeszcze zrobić?” – mówi. – „Będę co rano manipulował tymi przełącznikami jak w jakiejś elektrowni atomowej, żeby oszczędzić, a i tak g… z tego wyjdzie”.

Tak się składa, że na tej samej ulicy jest kilka domów, których właściciele również mają ogrzewanie olejowe i zawsze zamawiali opał wspólnie, żeby zaoszczędzić na transporcie i zyskać na dużym hurtowym zakupie. To samo dotyczyło drewna. W tym roku jeden z sąsiadów, przedsiębiorca, prowadzący od lat swoją niedużą firmę, nie był zainteresowany – ani olejem, ani drewnem. Dlaczego? To dość jasne: nie stać go. Jak i czym się będzie zimą ogrzewał – nie wiadomo, nikt przecież nie będzie drążył.

Inny znajomy mojego przyjaciela z kolei postanowił jakiś czas temu przejść z drożejącego ogrzewania olejowego, uznawanego także za nieekologiczne, na pompę ciepła. Drogą, nowoczesną, przyjazną dla klimatu, co łączyło się także z przeróbkami instalacji w domu. Nie muszę państwu chyba pisać, gdzie dzisiaj jest z powodu wzrostu cen prądu – podpowiem tylko, że jest tam ciemno.

To są wszystko historie ludzi, których jednak stać jeszcze na jakąś inwestycję w system ogrzewania, a nawet kilka tysięcy więcej za opał tego czy innego rodzaju nie oznacza dla nich bankructwa, choć niewątpliwie w nich uderzy. Skoro wydadzą je a ogrzewanie, to nie wydadzą już na wiele innych rzeczy – tu kłania się przypowieść o zbitej szybie z „Co widać, a czego nie widać” Frédérika Bastiata.

Ale co ma zrobić przeciętny emeryt, któremu wspaniały dodatek węglowy wystarczy na zakup jednej tony ekogroszku, i to jeśli będzie miał szczęście, a na sezon potrzebuje co najmniej trzech? Siedząc w domu i szczękając zębami będzie sobie mógł dla rozgrzewki puszczać fragmenty wystąpień pana prezydenta, w których ten opowiada, jak wspaniale pomagamy Ukrainie i jak się nas boi Putin. Może też ewentualnie poczytać tłity o tym, że dzięki temu, iż on marznie, nie spadają nam na głowę bomby. Albo, dla odmiany, jeśli bliższa jest mu druga opcja polityczna, może zachwycać się dla rozgrzewki opowieściami polityków Lewicy czy PO o zaletach zielonego ładu, który wymaga, żebyśmy „zmienili swoje nawyki”. Na przykład głupi i niepotrzebny nawyk ogrzewania się zimą. Dla dobra naszej planety. Można by to zresztą jakoś połączyć: siedząc w 10 stopniach, dowalamy Putinowi i jednocześnie ratujemy Ziemię.

Powie ktoś, że to sarkazm zbyt daleko posunięty. Nie, to właściwie głos rozpaczy. Padamy dzisiaj ofiarą dwóch fanatyzmów, z dwóch różnych stron, dotyczących różnych spraw, ale co do mechanizmu w gruncie rzeczy podobnych. Pierwszy to fanatyzm klimatystyczny, który zaczął się odbijać na ludziach dokładnie tak jak przewidywałem ja sam i inni przytomni recenzenci tej polityki: zaczął ich pauperyzować na potęgę. Pozytywne efekty tej pauperyzacji dotyczące klimatu są odległe, teoretyczne i w najwyższym stopniu niepewne. Drugi to fanatyzm wojenny, którego teza jest taka, że możemy się sami zaorać i zniszczyć gospodarczo, jeśli dzięki temu pokonamy Putina. Przy czym wpływ naszych, Polskich, poświęceń na Rosję jest wciąż problematyczny, w dużej mierze hipotetyczny i warunkowy, podczas gdy ich wpływ na nas jest widoczny, konkretny i boleśnie odczuwalny w całej gospodarce.

Z fanatyzmami, jak wiadomo, walczy się trudno. Być może jedyną metodą jest wstrząs. Wstrząsy mają jednak to do siebie, że generują wiele ofiar. Zatem – sytuacja bez dobrego wyjścia?


Lubię to! Skomentuj132 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka