Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
511 obserwujących
729 notek
4155k odsłon
  2577   5

Czy wolno zabić za psa?

Życie ludzkie - każdego człowieka - jest warte z definicji więcej niż życie jakiegokolwiek zwierzęcia. Jeśli ktoś chce je oceniać według tych samych utylitarnych kryteriów, otwiera drogę do totalitaryzmu, przez który już przechodziliśmy.

W poprzednim wpisie pokazałem, do jakich konsekwencji prowadzi bambizm. Pretekstem do niego była wspomniana w końcówce poprzedniego tekstu sprawa karna. Przypominam: Justyna K. została skazana za zabójstwo mężczyzny, który podczas wspólnej libacji alkoholowej miał się rzekomo przyznać do „ukradzenia” psa sprawczyni i przetopienia go na smalec. Po apelacji sąd zmniejszył wyrok z 25 do 16 lat pozbawienia wolności. Skazana będzie mogła opuścić warunkowo zakład karny już po 12 latach.

Co ważne – nikt nigdy nie ustalił, czy zamordowany 36-latek faktycznie zrobił z psem zabójczyni to, co wyznał po pijaku. Tym natomiast oskarżona tłumaczyła zbrodnię o okrutnym przebiegu, bo ciało ofiary zostało częściowo rozczłonkowane. Ta wersja jest o tyle prawdopodobne, że zabójczyni, która podobno stylizowała się na członka artystycznej bohemy, miała też fiksację na punkcie zwierząt.

Gdy kwestionowałem surowe wyroki orzekane wobec dręczycieli zwierząt, wskazując na ich nieproporcjonalność wobec kar grożących za podobne zachowania wobec ludzi, czytałem komentarze, których autorzy twierdzili, że za zabicie zwierzęcia należy się wieloletnie więzienie albo nawet należałoby sprawcę takiego czynu zgładzić. Gdy zadawałem pytanie, czy są w takim razie zwolennikami przywrócenia kary śmierci za określone czyny wobec ludzi – na przykład zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem w warunkach recydywy – zaskakująco milkli.

Teraz, wspomniawszy zbrodnię Justyny K., zadałem na Twitterze pytanie, czy zwolennicy zabijania dręczycieli zwierząt „za karę” są gotowi usprawiedliwić jej czyn. Ku mojemu mimo wszystko zaskoczeniu znalazło się całkiem sporo takich osób. Samo to pokazuje, jak kompletne jest zdruzgotanie hierarchii bytów.

Ważne, aby dokładnie pojmować, o czym mówimy. Można by ewentualnie – choć z trudem – zrozumieć usprawiedliwienie czynu dokonanego w afekcie i ograniczającego się do jakiejś pierwszej reakcji. Wiele osób pisało, że gdyby ktoś skrzywdził ich zwierzę, zareagowaliby gwałtownie. W tym nie ma chyba nic dziwnego, o ile po pierwszej reakcji przyszłoby opamiętanie. Zresztą lampka ostrzegawcza powinna się nam samym zapalić, jeśli uznajemy, że posunęlibyśmy się dalej niż nawrzeszczenie na kogoś i zawiadomienie policji. Jeżeli ktoś naprawdę uważa, że byłby gotów pobić człowieka, który skrzywdziłby jego psa czy kota, powinien się nad sobą bardzo poważnie zastanowić.

Wciąż jednak można by ostatecznie uznać, że jeśli ktoś zareagowałby na gorąco, będąc świadkiem tego, jak ktoś inny dręczy jego zwierzę, a wynikłoby z tego przypadkowo nieszczęście i śmierć dręczyciela – da się to jakoś tam zrozumieć (choć nie usprawiedliwić). Tu jednak mieliśmy sytuację radykalnie inną. Właścicielka psa nie była świadkiem rzekomego czynu wobec niego, dowiedziała się o nim post factum, więc o spontanicznej reakcji nie było mowy. Mało tego, jak wykazało śledztwo, zbrodnia została metodycznie zaplanowana i nie było tu mowy o działaniu w afekcie. Mówiąc brutalnie: Justyna K. na zimno postanowiła się zemścić za zabicie jej psa, mordując sprawcę tego czynu. O ile oczywiście zeznania jej i jej towarzyszy są wiarygodne, a nawet jeśli są – o ile ofiara faktycznie zrobiła to, czym postanowiła się pochwalić.

W wypowiedziach, które sprowokowało moje pytanie zadane na Twitterze, powtarzają się dwie klisze (bo trudno te stwierdzenia uznać za owoce samodzielnej refleksji – to po prostu powielane wielokrotnie schematy). Pierwsza to stwierdzenie, że człowiek krzywdzący zwierzę jest „śmieciem” mniej wartym niż to zwierzę. To samo pojawia się w nieco zmodyfikowanej postaci: „niektórzy ludzie są mniej warci niż pożyteczne zwierzęta”. To niesamowicie groźne myślenie, którego początki odnajdujemy w antyhumanistycznych, zbrodniczych systemach. Stawianie wyżej wartości zwierzęcego życia niż życia niektórych ludzi było cechą totalitaryzmów. Dla nazistów życie udomowionego psa, a tym bardziej psa służącego w wojsku czy SS, było warte więcej niż życie dowolnego Żyda. Jeśli raz zgodzimy się w ogóle na porównywanie wartości dowolnego ludzkiego życia z życiem zwierzęcia, jesteśmy na prostej drodze do zatracenia. Mierzenie tego w kategoriach utylitarnych ma wydźwięk głęboko antyhumanisytyczny i musi prowadzić do czysto utylitarnego traktowania ludzi w ogóle, na zasadzie uznawania za niepożytecznych i niewartych dbania i ocalenia tych, którzy – zdaniem oceniającego – nie wnoszą niczego do społeczeństwa. I znów kłaniają się totalitaryzmy – by przypomnieć nazistowską politykę mordowania chorych umysłowo. Wydaje się, że fanatyczni wielbiciele zwierząt nie dostrzegają tych dość przecież oczywistych konsekwencji swojego sposobu rozumowania. Wartość życia ludzkiego, nawet należącego do człowieka budzącego naszą odrazę, musi zatem pozostać nieporównywalna z wartością życia zwierzęcia, nawet najbliższego nam.

Lubię to! Skomentuj76 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości