W politycznych turbulencjach umknęła drobna informacja, że Pani Minister spraw zagranicznych oznajmiła, iż nie widzi powodu, aby stanąć przed komisją Parlamentu Europejskiego ds. domniemanych więzień CIA.
Zostawmy na moment na boku, w jakim celu ta komisja powstała, potrzebnie czy nie i co ma szansę ustalić. Spójrzmy natomiast na pełne głębokiej refleksji, nabrzmiałe intelektualną refleksją, zatroskane losem Polski oblicze Pani Minister. Pani Minister powiada, że przed komisją nie stanie, albowiem o więzieniach nic nie wie. Sądzę, że przyczyna jest nieco poważniejsza: Pani Minister w ogóle nie wie, co ma mówić, a przecież nie może co pięć minut przerywać swojego spotkania z komisją, żeby zadzwonić na konsultacje do Pana Prezydenta.
Pamiętam ów wiekopomny dzień, gdy Anna Fotyga została nominowana. Byłem wtedy na przyjęciu zorganizowanym wspólnie przez przedstawicielstwo Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Goście, wbrew temu, co można by sądzić, byli z szerokiego spektrum. I wszyscy załamali ręce. Jedna opinia się powtarzała: Fotyga jest chorobliwie podejrzliwa. Spiski wietrzy wszędzie. Znajomy europoseł (bynajmniej nie z tych krytykujących rząd za wszystko), który poznał ją w PE, tak przedstawiał jej sposób myślenia i działania: cokolwiek by się nie działo, choćby szło o sprawę najoczywistszą, Fotyga chodziła od jednego do drugiego i opowiadała o prawdopodobnym spisku.I gdyby jeszcze - powiada mój znajomy - przedstawiała jakąś tezę, co to za spisek i kto w nim bierze udział. Ale nie - ona tylko mówiła wciąż, że jest spisek, ale jaki, tego już nie była w stanie stwierdzić.
Istnia "Teoria spisku". Tyle że Mel Gibson jednak miał rację.
Można się domyślać, że komisja ds. więzień CIA jest także, zdaniem Pani Minister, wynikiem jakiegoś tajemnego spisku, w który ona nie chce być wciągnięta.
Pani Minister zresztą w ogóle a wszelki wypadek woli nie być w nic wciągana i na żaden temat się nie wypowiadać, bo nigdy nic nie wiadomo. Ilu udzieliła wywiadów przez tych parę miesięcy? Trzech? Dwóch? Ba, wywiad wywiadem, ale Pani Minister nie wypowiedziała się np. w sprawie tak oczywistej, jak konflikt izraelsko-libański, gdzie całkiem bezpiecznie było wygłosić kilka dyplomatycznych frazesów o konieczności pokojowego rozstrzygania sporów. Cóż, może Pan Prezydent akurat nie był osiągalny w celu konsultacji.
Ale to nic. Jestem ja parę miesięcy temu na przyjęciu z okazji święta narodowego w rezydencji francuskiego ambasadora. Przybywa Pani Minister. Myślę sobie: no, nareszcie jakiś rozsądny gest, wreszcie usłyszę choćby kilka słów jej własnego autorstwa. Przed mikrofonem staje ambasador Menat, mówi o polsko-francuskiej przyjaźni i dobrych stosunkach (bardzo, nawiasem mówiąc, życzliwy Polsce ambasador). Wszyscy czekają na okolicznościowe kilka słów Pani Minister. Pani Minister zaś poza mikrofonem dziękuje amabasadorowi i - ani słowa. Jedno trzeba jej przyznać: jest konsekwentna.
Inny znajomy, świetny ekspert w sprawach zagranicznych , przekonywał mnie z kolei, że korzyść z Pani Minister jest taka, że MSZ trzeba zamieść i ona przynajmniej to zrobi. Tu się zgadzam: MSZ od dawna należało solidnie przewietrzyć. Co jednak za korzyść z zamiatania, jak się wymiecie i nic nowego nie zainstaluje? A na czele postawi osobę, o której swego czasu koledzy Mazurek z Zalewskim napisali we "Wprost", że równie dobrze można by o opinie pytać widelec. A jednak widelec nie zostaje szefem MSZ.
Ale za to gdy nadeszła afera kartoflowa - o, tutaj Pani Minister zareagowała bez zachęty. I kiedy jej się tak przyglądam lub - co jest absolutną rzadkością - słucham , taki mi przychodzi do głowy fragment powieści pisarza aktualnie w niełasce u ministra Giertycha (co by tego pisarza, gdyby żył, pewnie bardzo ucieszyło):
Zapytał: - A jaki Gombrowicz? Powiadam: - Gombrowicz, Gombrowicz. Łypnął i powiada: - Ano, jak Gombrowicz, to maszże tu 80 pezów i więcej nie przychodź, bo Wojna i Pan Minister zajęty. Ja powiadam: - Wojna. On mówi: - Wojna. Ja mówię: - Wojna. On mnie na to: - Wojna. To ja jemu: - Wojna, wojna. Przestraszył się nie na żarty, aż mu jagody zbielały, łypnął na mnie okiem: - A co, maszże wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?... - ale się pomiarkował, chrząka, kaszle, za uchem się drapie i mnie klepnął: - Nic to, nie bój się, już my wroga pokonamy! A zaraz głośniej krzyknął: - Już my wroga pokonamy! Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął: - Już my wroga pokonamy! Pokonamy! Powstał i krzyczy: - Pokonamy! Pokonamy!
Słysząc te krzyki jego, a widząc, że z fotela wstał i Celebruje, a nawet Zaklina, ja na kolana padłem i, w tej Celebracji św. się stowarzyszając, krzyczę: - Pokonamy, pokonamy, pokonamy!
Odsapnął. Okiem łypnął. Mówi: - Pokonamy, psia jego mać, już ja ci to mówię, a to ci mówię, żebyś nie mówił, że ja ci nie mówiłem, że nie Pokonamy, bo tyż ci mówię, że Pokonamy, Zwyciężymy, bo w proch zetrzemy dłonią mocarną najjaśniejszą naszą, w proch, pył roztrzaskamy, rozbijemy, na Pałaszach, Lancach rozniesiemy a zgnieciemy i pod Sztandarem naszym a w Majestacie naszym o Jezus Maria, o, Jezus, o, Jezus, rozmiażdżemy, Zabijemy! O, zabijemy, rozniesiemy, zdruzgoczemy! A co się tak patrzysz? A przecie ci mówię, że zgnieciemy! A przecie widzisz, słyszysz, że ci sam Minister, Poseł Najjaśniejszy mówi, że Zgnieciemy, widzisz chyba, że sam Poseł, Minister tu przed tobą chodzi, rękami macha i ci sam mówi, że Zgnieciemy! A żebyś nie szczekał, że ja przed tobą nie Chodziłem, nie Mówiłem, bo przecie widzisz, że Chodzę i Mówię!
Otóż ja widzę i słyszę, a szczekać nie śmiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)