Anna Laszuk pisze o swoim marzeniu: „...żeby jakiś zespół ekspertów (z niezależnej instytucji) zbadał według obiektywnych kryteriów publiczne media i pogrzebał w naszych garnkach”. Marzenie ściętej głowy, pani Anno. Mnie także marzy się, żeby było u nas jak w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieje odpowiednik naszej Rady Etyki Mediów, ale o nieporównanie większym autorytecie i prawdziwie niezależny. Nie wiem, jak to się dzieje, ale Angole są w stanie skonstruować instytucje, które mają powszechną opinię niezależnych, czego nikt nie kwestionuje, nawet jeśli tworzą opinie i raporty dla niego niekorzystne, a co więcej – naprawdę wydają się niezależne. Istnieje tam wiele tego typu instytucji, które nie mają nawet formalnego umocowania, a mimo to ich oceny są wysłuchiwane i respektowane, a rekomendacje wcielane w życie - żeby wspomnieć tylko Radę ds. Standardów w Życiu Politycznym.
Niestety, my Wielką Brytanią nie jesteśmy i prawdopodobnie nigdy nie będziemy. Wierzę w istnienie czegoś takiego jak narodowy charakter. A nasz narodowy charakter wyklucza funkcjonowanie instytucji na takich zasadach, jak to się dzieje w Zjednoczonym Królestwie. (Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić w Polsce głosowanie bez dowodów osobistych, tylko na zasadzie podpisu?)
Rafał Ziemkiewicz wspomina o brzytwie Ockhama. Być może powinniśmy ją tutaj zastosować i przypomnieć, od czego właściwie rozpoczął się salonowy spór. Otóż tak naprawdę punktem wyjścia nie jest ogólny opis sytuacji w „raporcie” PO, ale wskazanie przez ten dokument konkretnych przykładów, oskarżenie konkretnych ludzi o złamanie podstawowych standardów dziennikarskich, z czym wielu z nas, dziennikarzy, zwłaszcza znających oskarżanych, zgodzić się nie może.
Tymczasem jeśli chcemy doprowadzić do jakiejś konkluzji, powinniśmy się zająć nie oskarżeniami wobec ludzi, ale systemem. Czy TVP jest upolityczniona? Ależ oczywiście, z definicji. Każda państwowa telewizja będzie zawsze upolityczniona. Jedyny sposób, żeby z tym skończyć, to zerwać z dogmatem publicznej telewizji i radia. Co nie zmienia postaci rzeczy, że poszczególni ludzie, którzy się w tej telewizji pojawiają i komentują wydarzenia, mogą to robić w pełnej zgodzie z własnymi poglądami, rzetelnie i uczciwie – choć nie bezstronnie, bo to oczywiście bzdura. Pytanie sprowadza się do tego: czy w sytuacji, gdy następuje przechył polityczny takiego publicznego medium, w oczywisty sposób wpisany w jego konstrukcję, publicysta o poglądach zgodnych akurat z poglądami rządzących – a więc i mających wpływ na owe medium – ma się na własne życzenie wyautować? Ma na siłę szukać dziury w całym, nawet jeśli wierzy, że rządzący czynią słusznie? To przecież nonsens.
Przykład. Z tej i innej audycji zniknęła m.in. Janina Paradowska. (Znam wiele osób, które przyjęły to z ulgą – nie dlatego, że Paradowska jest lewicową komentatorką, ale dlatego, że uznają ją za komentatorkę nudną i marną.) Ale wyobraźmy sobie sytuację odwrotną: do władzy dochodzi, powiedzmy, PO z SLD (mam nadzieję, że takiej koalicji nie będzie, to tylko przykład), z TVP wylatują Pospieszalski i Ziemkiewicz ze swoimi programami, z radia Sakiewicz, Wolski i inni. Z programów publicystycznych znika Semka. Wraca natomiast Paradowska. Czy ktokolwiek miałby prawo mieć do niej pretensję, że występuje i mówi to, co mówi? Byłaby „sługusem postkomuchów”? Nie, byłaby nadal po prostu lewicową komentatorką, która znalazła się w nieco niezręcznej sytuacji, ale po prostu wykonuje swój zawód. Można by jej postawić zarzut o mijanie się z faktami, gdyby to było zasadne, albo o ich tendencyjny dobór, gdyby były na to argumenty. Ale na pewno nie o to, że „się wysługuje”.
Mój opór budzi fakt, że Platforma uderzyła w ludzi, którzy po prostu wykonują swoją pracę, a nie w system, który stawia ich w złej sytuacji. No, ale uderzenie w system wymagałoby wielkiej dozy politycznego altruizmu, bo przecież ma szansę na przejęcie władzy, a wtedy obecne instrumenty się przydadzą. Nie twierdzę zresztą, że takiego samego mechanizmu nie zastosował PiS, ale nie o PiS-ie teraz mówimy.
Inny problem, bardziej generalny, jest taki, że istnieje całe mnóstwo subiektywnych ocen, które jedni uznają za niepodważalne fakty, a inni – za zmyślenia. Pani Laszuk pisze o przewadze w mediach (ma się rozumieć publicznych, bo przecież nie np. w Tok FM) dziennikarzy o konserwatywnych poglądach. Kto inny powie, że takiej przewagi nie widzi, a jedynie dostrzega przywrócenie równowagi zachwianej poprzednio na rzecz lewicy. Da się to obiektywnie stwierdzić? Bynajmniej, bo dla jednych Rafał Ziemkiewicz to czarnosecinny faszysta, a dla innych stuprocentowy liberał, a może i libertyn. Sam bywam oceniany na forum Salonu raz jako wredny sługus Kaczorów, a raz jako wróg odnowy Polski pod ich przewodem.
Jedni uznają, że w tekście, jaki przytoczył jeden z internautów, Piotr Semka ostro pojechał po Kaczyńskim, a inni powiedzą, że to tylko pozory i w gruncie rzeczy podlizywanie się.
Zatem każda sprawa ma nie tylko dwie, ale nawet trzy albo i cztery strony, które w dodatku każdy ma pełne prawo widzieć w innych kolorach. Stąd mój opór wobec rzeźni: widzę wyraźnie, że ona niczemu nie służy, nie przybliża nas do niczego, a jedyna z niej korzyść taka, że wychodzimy z siebie, żeby wymyślić coraz perfidniejsze określenia na adwersarzy.
Oddzielmy oskarżenia wobec ludzi od krytyki systemu, a będzie nam łatwiej dojść do sensownych wniosków. Ja jestem ciekaw, czy czytelnicy Salonu pożądają konieczne istnienia mediów państwowych, zwanych publicznymi – bo tu jest pies pogrzebany. Zakładam, że obecność dziennikarzy, wspominanych w „raporcie” PO w prywatnych stacjach nie budziłaby takich emocji.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)