Ominie mnie chyba najciekawsza – a może najnudniejsza – część kampanii wyborczej, która i tak ślimaczy się jakoś niemiłosiernie. Tak czy owak, wszystko skupia się teraz na Lesiaku, lustracji i innych zagadnieniach, pasjonujących z punktu widzenia przeciętnego samorządowego wyborcy. No i na chwaleniu się przez pana premiera oszałamiającymi osiągnięciami ostatniego roku, najlepszego od pamiętnego 1410, kiedyśmy Krzyżaków rozgromili.
Ja tymczasem od dzisiaj będę się przyglądał innej kampanii, mam wrażenie, że jednak ciekawszej, a na pewno bardziej profesjonalnej: amerykańskiej kampanii przed wyborami do Kongresu.
Najbardziej spektakularny moment mojego dziennikarskiego touru (wraz z kolegami i koleżankami z Francji, Szwecji, Rumunii, Niemiec, Turcji i Belgii) to wycieczka nad granicę meksykańsko-amerykańską w Arizonie, gdzie nielegalna imigracja jest bardzo ważnym kampanijnym.
Mam nadzieję, że w naszych spotkaniach z osobami odpowiedzialnymi za strategię kandydatów przewinie się także, bardzo ważny w czasie tej kampanii, temat wojny w Iraku, która Bushowi zaczyna już na dobre wychodzić bokiem. Mam tę satysfakcję, że nawet jeszcze przed uderzeniem na Irak, a także po, przepowiadałem, że się to skończy wielką klapą. Twierdziłem też, że tryb, w jakim podjęliśmy się uczestniczenia w tej straceńczej misji, był skandaliczny. Dotąd uważam, że Miller w tej sprawie wziął ruki pa szwam wobec naszych potężnych sojuszników także dlatego, że tak był przyzwyczajony traktować sojuszników w ogóle. Sowieckich czy amerykańskich – wszystko jedno. Ciekawe, czy i dzisiaj jest taki pewny, że podjął właściwą decyzję i we właściwy sposób.
Bush brnął w najlepsze, wierząc ślepo Donowi Rumsfeldowi i obdarzając go niezrozumiałym zaufaniem, nawet gdy było już jasne, że to Rumsfeld przez swoje zadufanie i chęć wypróbowania ryzykownych pomysłów doprowadził do krachu irackiej operacji. Rummy'emu będę poza tym pamiętał zawsze, jak niszczenie niepowtarzalnych skarbów dawnej mezopotamskiej kultury skwitował pogardliwym „stuff happens”.
Dzisiaj Bush nie ma już dobrego wyjścia. Wycofać się to znaczy otworzyć drogę do natychmiastowej wojny domowej na pełną skalę. Zostać – to godzić się na powroty kolejnych dziesiątków i setek amerykańskich chłopaków w drewnianych jesionkach. I tak źle, i tak niedobrze. Być może odbiór całej sytuacji byłby zupełnie inny, gdyby administracja potrafiła przyznać się do błędów i poświęcić choćby tego nieszczęsnego Rummy'ego. Ale Bush z uporem godnym lepszej sprawy odmawiał przyznania się do błędów nawet tam, gdzie one były ewidentne – jak było choćby w przypadku liczebności sił, przeznaczonych do opanowania Iraku już po zakończeniu militarnej fazy operacji.
Inna sprawa, że w ciągu dwóch lat sytuacja w Iraku raczej się zasadniczo nie zmieni. A to oznacza, że gdyby następne wybory prezydenckie wygrał demokrata, to i on stanie przed tym samym wyborem, przed którym dzisiaj stoi Bush: wycofać się i zostawić za sobą czarną dziurę czy zostać i mieć przeciw sobie coraz większą część narodu.
I jeszcze ważna uwaga. Nie byłem przeciwnikiem operacji irackiej z powodu jakichś idiotycznych sentymentów. W polityce międzynarodowej ich, moim zdaniem, nie ma i być nie powinno, a stosunki między krajami nie mogą się opierać na takich samych wyznacznikach moralnych co stosunki między ludźmi. Kto wierzy w międzynarodową moralność, jest skrajnie naiwny. A kto takie tezy głosi, temu często chodzi o to, aby nabrać i wykorzystać takich właśnie naiwniaków.
Uważałem i uważam, że Ameryka szanuje tylko tych, którzy się cenią. My w stosunkach z nią cenimy się dość nisko. Stany mogą mieć od nas niemal wszystko na pstryknięcie palcami, więc po co mają się starać? Vide wizy i offset. W tej grze to my okazaliśmy się naiwniakiem, który z XIX-wiecznymi hasłami „Za wolność waszą i naszą” (kolejność też z jest charakterystyczna) daje się, za przeproszeniem, dymać na prawo i lewo. Pora otrzeźwieć.
I jeszcze taka anegdotka. Oficer imigracyjny pyta mnie na lotnisku Dullesa w Waszyngtonie, po co przyjechałem. Ja na to, że obserwować wybory. Jakie wybory? - pyta on. - A kogo to wybierają? - Pan powinien lepiej ode mnie wiedzieć – ja na to. - Waszych przedstawicieli do Kongresu.
- No widzi pan, lepiej się pan orientuje ode mnie. I interesuje pana nasza polityka?
- Jest ciekawsza niż polska, zapewniam pana – powiadam.
- Oni wszyscy nic nie robią, tylko kradną – mówi do mnie strażnik. - Czym tu się pasjonować?
Czy ja już gdzieś tego nie słyszałem?


Komentarze
Pokaż komentarze