Dwóch tuzów amerykańskiego dziennikarstwa politycznego, obu związanych z „Washington Post” opowiadało nam wczoraj (czyli we wtorek) przy kolacji o zbliżającym się wyborczym starciu.
Chris Cillizza pisze na stronie „Washington Post” blog „The Fix”, będący podobno wyznacznikiem powodzeń i niepowodzeń poszczególnych kandydatów w całym kraju. Trzydziestokilkuletni energiczny brunet w sztruksowej marynarce wydaje się mieć zresztą ich wszystkich w małym palcu. To tak, jakby u nas dziennikarz z „Rzeczpospolitej” albo „Dziennika” wiedział dokładnie, kto i jak walczy o mandat poselski w Koszalinie albo Lęborku.
John Harris, starszy i bardziej wstrzemięźliwy, przez sześć lat był głównym reporterem, zajmującym się Białym Domem za prezydentury Clintona, po czym napisał o tym książkę, która stała się bestsellerem. Teraz mam przed sobą jego nowe dzieło, napisane wspólnie z Markiem Halperinem z ABC: „The Way to Win. Taking the White House in 2008”.
Gdyby polscy komentatorzy polityczni umieli mówić o polityce tak, jak ci dwaj, zainteresowanie nią na pewno by wzrosło. Dostaliśmy rzetelną, czytelną i nie rozwleczoną analizę bez żadnego politycznego nastawienia, a jednocześnie wygłoszoną z taką pasją i tak ciekawie, że choć niektórzy byli na nogach niemal od 24 godzin (i w dodatku ich bagaż został gdzieś po drodze, jak mój na przykład), nikt nie zasypiał. Przykro to mówić, ale klasa to zupełnie inna. Zdziwić się może zresztą także ktoś, kto miał w ręku "Washington Post". Takiej gazety nikt by już w Polsce nie sprzedał: duży format, czarno-biała, kobylaste teksty, staromodne łamanie. Tu, jak widać, nikomu to nie przeszkadza.
Kilka wniosków z rozmowy z tymi politycznymi wygami – i jednocześnie wiele skojarzeń z naszą sytuacją.
Kampania toczy się w ogromnej mierze wokół dwóch zagadnień: Iraku i złej prezydentury Busha. Do tego oczywiście sprawy lokalne. Przy czym o ile demokraci starają się każdego republikańskiego kontrkandydata „załatwić” Bushem, o tyle sami republikanie wolą od niego uciekać.
Dlaczego nie należy głosować na kandydata X partii republikańskiej? - pytają demokraci w swoich reklamach. Bo jego wybór to przyklepanie polityki nielubianego prezydenta. I ten argument niestety coraz bardziej działa. O ile – wyjaśniał nam Cillizza – jeszcze w poprzednich wyborach Bush był aktywny i w najgorszym wypadku mógł być dla wyborców obojętny, a zwykle stanowił atut, o tyle teraz jest w najlepszym wypadku ledwie obojętny, a zwykle stanowi obciążenie. Dlatego jego aktywność jest znacznie mniejsza niż wtedy. Jeździ tylko tam, gdzie może zmobilizować najaktywniejszych zwolenników partii republikańskiej.
Republikanie zdają sobie sprawę, że im mniej osób zagłosuje, tym oni mają większe szanse, bo elektorat republikański jest na ogół bardziej zdyscyplinowany. Dlatego wiele reklam, przygotowanych przez republikanów wcale nie ma na celu zachęcenia, ale zniechęcenie do głosowania.
A czemu Bush tak uparcie trzyma się Rumsfelda lub ewidentnie skompromitowanych elementów swojej polityki? (Tu proszę o uwagę, bo skojarzenie z dzisiejszą władzą w Polsce jest wyraźne!). Otóż każdy amerykański prezydent w mniejszym lub większym stopniu odnosi się swoją prezydenturą do poprzednika. Dla Busha Clinton był skończonym politykiem – nie w tym sensie, że się skończył, ale w tym, że był politykiem w stu procentach: kompletnym pragmatykiem, którego jedynym i naczelnym celem było samo zachowanie władzy. I dla tego celu gotów był wszystko poświęcić, w tym także ludzi, z którymi pracował. Lojalność dla niego nie istniała. Bush – tłumaczy Harris – postanowił być inny. On wierzy naprawdę w to co robi, a dodatkowo chce, żeby kontrast z Clintonem był wyraźny. Skoro Clinton był takim cholernym pragmatykiem, to on pragmatykiem nie będzie. I pewnych rzeczy będzie się trzymał wbrew wszystkim. Nie będą nim kierować sondaże.
To samo dotyczy ludzi. Jeśli ktoś domaga się, żeby prezydent kogoś wyrzucił, to raczej sygnał, żeby wykazać się lojalnością i tego kogoś nie zwalniać. Więcej nawet: im bardziej wszyscy się domagają, żeby Rumsfeld wyleciał, tym mniej Bush ma chęć go zwolnić. (Lech Kaczyński stanął mi jako żywo przed oczami.)
Więc jaki będzie wynik? Tutaj wszyscy się zgadzają: w Senacie sprawa jest na ostrzu noża i przewaga jednej lub drugiej strony może być wielkości jednego miejsca. Natomiast Izbę Reprezentantów będzie republikanom bardzo trudno utrzymać. I wtedy sytuacja Busha mocno się zmieni, bo do tej pory miał obie izby do swojej dyspozycji – choć bunty zdarzały się coraz częściej.
Ja tymczasem, po kolejnych briefingach w Waszyngtonie i czterogodzinnym locie, wylądowałem w Tuscon w Arizonie. Kaktusy rosną, jesieni się nie czuje, na dworze wieczorem komfortowe 18 stopni. I tylko jedna rzecz psuje dobre samopoczucie: mój bagaż, który już niemal dwa dni temu nie doleciał z Londynu i nie ma go nadal. Ostrzeżenie dla wszystkich podróżujących: unikajcie British Airways!


Komentarze
Pokaż komentarze (5)