Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
43
BLOG

Ameryka a Europa

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 1
Dlaczego Europejczycy tak się różnią od Amerykanów? W piękny, jesienny dzień w Waszyngtonie wyjaśniał nam to profesor Gary Weaver z American University w Waszyngtonie. Trzeba przyznać, że robił to bardzo przekonująco, a przy tym ze swadą właściwą Anglosasom. Tu dygresja, której nie mogę sobie darować. Fascynują mnie anglosascy mówcy. Ilekroć miałem do czynienia – a zdarzało się to wiele razy – z Amerykanami lub Brytyjczykami, od których wymagano jakichś publicznych wystąpień, zawsze widziałem to samo: precyzję i klarowność wyrażania myśli, umiejętność prostego przekazywania słuchaczom nawet skomplikowanych kwestii, wplatania anegdot, no i poczucie humoru. To cechy u polskich mówców różnego rodzaju (o politykach nawet nie wspomnę przez litość) kompletnie nieobecne. Standardem jest powtarzanie trzy razy tego samego („zatem jak już powiedziałem...”), stylistyczna niezgrabność, rozwlekłość, zanudzanie na śmierć, stosowanie urzędniczo-politycznej nowomowy. Profesor Weaver przedstawił autorski pogląd na amerykańską naturę, z którym nie wszyscy muszą się zgadzać, ale przecież ciekawy. Wywodził, że podstawowym wzorcem Amerykanina jest w gruncie rzeczy biały przybysz z północnej, protestanckiej Europy i że nawet dziś za pełnoprawnego Amerykanina może być w gruncie rzeczy uważany ten, kto temu wzorcowi mniej więcej odpowiada. Nie odpowiadają mu z oczywistych powodów ani Murzyni (zwani przez zwolenników poprawności politycznej „Afroamerykanami”), ani Latynosi. Polacy zresztą także nie, póki nie przejdą na protestantyzm. Mit o „melting pot” jest, zdaniem profesora, mocno przesadzony, choć pełnił przez długi czas pozytywną rolę. Ale na pewno dzisiaj w tym melting pot nie ma tych, którzy przypuszczają największy szturm na Stany: Meksykanów. Ten szturm jest zresztą przyczyną ostrego politycznego starcia na południu USA, zwłaszcza w Arizonie, gdzie teraz jestem. Wpis o spotkaniu z przedstawicielami latynoskiej mniejszości – wkrótce, a zapewniam, że będzie ciekawy. Różnice między spojrzeniem Europejczyków a Amerykanów na świat i politykę, jakie wyliczał prof. Weaver, dają do myślenia. Jaki film zrobił w USA wielką kasę i karierę? Nieznośny, pretensjonalny knot – z mojego, europejskiego punktu widzenia: „Dzień niepodległości”. Weaver opowiadał, że gdy był w kinie na tym filmie, w chwili, gdy udało się pokonać obcych, cała publiczność zaczęła spontanicznie klaskać. „Moi europejscy przyjaciele – powiada Weaver – myśleli tymczasem, że ten film to satyra”. Ale w sukcesie tego gniota w USA nie ma nic dziwnego: „My nie lubimy tragedii – wyjaśniał nam Weaver – natomiast kochamy proste podziały na dobro i zło oraz gdy dobro zwycięża”. Amerykanie uważają, że Europa – także za sprawą swoich tragicznych losów – ma niezrozumiałe upodobanie do tragedii. Amerykanie kochają tych, co mają chęć podejmować ryzyko. I którzy na tym wygrywają. Europa, gdzie obowiązkowych jest zapewne kilkanaście typów różnych ubezpieczeń, ma całkiem inne podejście. Amerykanie są zafascynowani mitem o zwykłym facecie, który staje się kimś. Niemal każdy kandydat na prezydenta stara się to wykorzystać. Bush chwalił się, że miał na Yale tylko C („Dostać C na Yale to naprawdę sztuka” - dodał zgryźliwie profesor Weaver), żeby pokazać się jako zwykły studencina. Nie dodawał już, że na sam uniwersytet dostał się oczywiście dzięki rodzinnym koneksjom. Taka sama jest przyczyna kowbojskich butów prezydenta, jego rajdów samochodem po ranczo i innych występów, mających pokazać, jaki to z niego zwykły, swojski chłopina. Od tego wzorca odszedł John Kerry i został za to przez wyborców bezwzględnie ukarany. Kerry pochodzi z Bostonu (prawdopodobnie najbardziej europejskiego miasta w USA, będącego dla typowego Amerykanina symbolem napuszonego snobizmu ze wschodniego wybrzeża, pewnie jeszcze bardziej niż Nowy Jork), mieszkał wiele lat w Europie, mówi po francusku (co już naprawdę trudno wybaczyć), jada jakieś dziwaczne potrawy, pije wino zamiast piwa (i w dodatku wie, co pije, posługując się snobistycznymi, francuskimi nazwami), a na dodatek ma obrzydliwie bogatą żonę, która zna kilka obcych języków. To są cechy, które Kerry'ego po prostu kompletnie dyskwalifikują w oczach przeciętnego amerykańskiego wyborcy. A sam Kerry ich w dodatku w ogóle nie ukrywał. Ale czy Amerykanie przejmują się tym, że na świecie nie są uwielbiani? Profesor Weaver zapewniał nas, że tak. Że bardzo ich to dotyka, że chcieliby być kochani. Ale powoli uświadamiają sobie, że to nie ich świat nie cierpi, ale ich rządu. I prawdopodobnie dlatego nadchodzi wahnięcie wyborczego wahadła na stronę partii z osłem w herbie. I jeszcze w ramach anegdotki taki obrazek z Waszyngtońskiej ulicy: idzie sobie chodnikiem gromadka dzieci w wieku przedszkolnym (na oko jakieś pięć lat) pod opieką nauczycielek, i coś wykrzykuje. Trochę jak na demonstracji. Przystajemy zainteresowani i słuchamy. I co słyszymy? Pięciolatki – pewnie w ramach jakiejś lekcji obywatelskiej edukacji – idą sobie i skandują: „Help the homeless! Help the homeless!”. W takich momentach robi mi się przyjemnie, że Polska jest jednak w miarę normalnym krajem i takich lekcji w przedszkolu u nas nie ma.
Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj1 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka