Miałem dwa dni temu okazję porównać – w odstępie paru godzin – republikańskiego i demokratycznego kandydata do Kongresu w 8. okręgu wyborczym w Arizonie. Fascynujące doświadczenie. Poniżej przedstawiam porównanie – siłą rzeczy subiektywne.
Jedna rzecz od razu rzuca się w oczy: republikański kandydat Randy Graf jest facetem, a Gabrielle Giffords, kandydatka demokratów – kobietą. Co do tego wątpliwości być nie może: Graf to niewysoki brunet na trochę krzywych nogach (możecie go sobie zobaczyć na http://www.votegraf.com), noszący do garnituru czarne, kowbojskie, wyszywane buty. W Europie wyglądałoby to kretyńsko, ale tutaj jakoś nie razi. Wystarczy przecież wyjść z jego biura i przejść kilkaset metrów, żeby się znaleźć wśród kaktusów.
Giffords to drobna, nieduża, dość ładna blondynka z dużymi oczami, bardzo żywa i energiczna, ubrana klasycznie – można by powiedzieć: po bostońsku, choć przez całe 36-letnie życie była związana z Arizoną. Ale faktycznie, wiele lat jej tu nie było. Mieszkała także jakiś czas w Europie. Możecie się jej przyjrzeć na www.giffordsforcongress.com i zapewniam, że w rzeczywistości wygląda lepiej niż na zdjęciach.
Biuro Randy'ego Grafa jest w niedużym budynku przy wylotówce z Tuscon. Nie ma w nim wielkiego ruchu, choć do wyborów zostało tylko kilka dni, a sondaże dają przewagę jego konkurentce. Zatem albo jest tak pewny zwycięstwa i uważa, że nic już nie musi robić, albo przegranej i nie ma już ochoty walczyć. Biuro Giffords, bliżej centrum, natomiast tętni życiem: przy stole grupa starszych wolontariuszy pakuje ulotki w pakieciki, które potem będą rozdawane wyborcom. Przy komputerach siedzą ludzie od sponsorów, od mediów, od planowania spotkań. Na powierzchni jakichś 150 m jest dobrze ponad 20 osób, a do tego stoły komputery, szafki i nadjedzony tort.
Randy Graf wita nas wylewnie, jak wszyscy amerykańscy kandydaci na jakiekolwiek stanowisko, bo nigdy nie wiadomo, kto może być potencjalnym wyborcą. Tłoczymy się w jego biurze. Giffords spotyka się z nami w miejscowej bibliotece, bo u niej w biurze jest za mało miejsca. Jej słodkie: „Hello, how are you, thanks so much for coming” i przyklejony uśmiech są zbyt sztuczne. Na szczęście uśmiech znika, gdy zaczyna odpowiadać na pytania.
Dwoje kandydatów i dwie całkiem różne osobowości. Graf to miejscowy polityczny wyga, był już parlamentarzystą w kongresie Arizony. Jest zdecydowany, ma przygotowane odpowiedzi, z góry uprzedza, co będzie mówić nam jego przeciwniczka i od razu to kontruje. Jego wypowiedzi sprawiają wrażenie logicznych i przemyślanych. Choć zagadnienie nielegalnej imigracji jest trudne i drażliwe, a Graf jest przedstawiany jako krwiożerczy radykał, nie odbiera się go w taki sposób. Jest po prostu konkretny.
Inna sprawa, że Graf nie dostał nawet wsparcia od Jima Colby'ego, republikanina, który zwolnił miejsce, o które teraz toczy się walka. Republikanie byli podobno nieszczęśliwi, że to Graf zwyciężył w prawyborach.
Giffords jest w swoim zachowaniu bardzo kobieca: troszkę chaotyczna, bardzo spontaniczna, nieco zapalczywa, odrobinę nieułożona. Sprawia często wrażenie, że ma jakiś wyrazisty pogląd, ale brak jej już sposobu, jak go wcielić w życie.
Ich spojrzenia na sprawę nielegalnych imigrantów są skrajnie różne. Graf mówi jasno, że wspiera projekt budowy muru, który stanie się w Arizonie – a tędy przechodzi w tej chwili większość nielegalnej imigracji z Meksyku – skuteczną barierą. Powiada, że nielegalni imigranci nie mogą mieć prawa do świadczeń socjalnych, bo korzystają z nich, nie dając nic w zamian. Wskazuje, że poważnym problemem jest możliwość głosowania przez osoby nie będące amerykańskimi obywatelami – właśnie nielegalnych imigrantów – ponieważ prawo wyborcze w Arizonie jest tak skonstruowane, że weryfikacja wyborców jest stosunkowo słaba. Jest więc za wprowadzneiem skutecznej rejestracji wyborców. Wskazuje, jakie koszty stan ponosi w związku z nielegalną imigracją. Mówi to, o czym mówią nam tutaj wszyscy: na pustyni umierają w drodze do ziemi obiecanej takie masy Meksykanów, że miejscowa kostnica się przepełniła i trzeba było wynająć dwie ciężarówki chłodnie, gdzie przetrzymywane są trupy. Rocznie na pustyni w Arizonie ginie około 300 ludzi. Szeroko tu dyskutowany program (Guest Worker Programme), który pozwalałby imigrantom na podejmowanie sezonowej pracy, jest dla niego nie do przyjęcia. Tłumaczy, że to nie jest żaden „guest prgramme”, bo gdy takiemu „gościowi” skończy się pozwolenie, na pewno nie wróci do siebie. A jeśli wróci, to za moment będzie mógł być z powrotem. Pomysły na legalizację nielegalnych imigrantów nazywa amnestią i twierdzi, że są niedopuszczalne. Pytany o kwestię różnic ekonomicznych między USA a Meksykiem wskazuje – nie bez racji, ale dla wielu słuchających było to szokiem – że Meksyk jest w gruncie rzeczy zasobnym krajem, mającym złoża ropy naftowej i surowców naturalnych. A jeśli nie potrafi z tego bogactwa korzystać, to już nie wina Ameryki. „Czy mamy moralny obowiązek zapewnić lepszy rozwój gospodarczy Meksyku?” – pytał Graf podczas spotkania z nami. – „Nie, ja wierzę, że mam moralny obowiązek zadbać o pomyślność Amerykanów”.
W sprawie wojny w Iraku jest ostrożony: owszem, wojna była słuszna i trzeba było wykurzyć Saddama, ale nie wszystko poszło dobrze i musimy przemyśleć naszą taktykę. Oczywiście o szybkim wycofaniu wojsk nie ma mowy.
Giffords w sprawie nielegalnych imigrantów nie jest nawet w połowie tak ostra. Mówi, że trzeba stworzyć dla tych, co już tu są, zachętę, aby się legalizowali (popiera więc to, co Graf nazywa amnestią). Jest przeciwko murowi, za to za nadzorem elektronicznym, który, jej zdaniem, nie będzie wprawdzie kosztował mniej, ale będzie skuteczniejszy. Jest wielką zwolenniczką Guest Worker Programme. Powiada także, że jedynym rozwiązaniem problemu nielegalnej imigracji jest zmiana sytuacji ekonomicznej Meksyku i zmniejszenie różnic w poziomie życia. Piękne hasło, jednak przyciskana przeze mnie, jak dużo czasu to zajmie i na czym właściwie miałoby polegać – nie potrafi odpowiedzieć konkretnie.
Krytykuje oczywiście obecną administrację, rzuca gromy na Rumsfelda, zapowiada zmianę.
Po wyjściu od Grafa, Matt, jeden z naszych opiekunów z German Marshall Fund, może 30-letni bostończyk z pochodzenia (a więc, rzec można, naturalny demokrata), mówi mi: „Właściwie był całkiem przekonujący. Mógłbym sam siebie spytać, czemu w zasadzie nie miałbym na niego zagłosować”.
Po wyjściu ze spotkania z Giffords większość naszej grupy jest nią wyraźnie zafascynowana. Że taka energiczna, rzutka, a na dodatek jej narzeczony jest astronautą i wkrótce leci z misją na Międzynarodową Stację Kosmiczną.
W busie, w drodze na następne spotkanie, urządzamy głosowanie – tajne, jak należy. Jest nas 10, dwa głosy są nieważne (jeden bez skreśleń, a jeden na meksykańską restaurację, w której wcześniej jedliśmy – też jakaś koncepcja), 8 dostaje Giffords, 2 Graf. Ja głosowałem na Grafa, do czego przyznałem się bez wstydu. Ale jego drugi zwolennik lub zwolenniczka nie był już taki odważny i nie wiem dotąd, kto to był.
We wtorek się okaże, kto zdobędzie miejsce, wyjątkowo opróżnione nie z powodu śmierci kongresmana, ale dlatego, że po ponad 20 latach w Kongresie Colby postanowił odejść na emeryturę. A jak Wy byście zagłosowali?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)