Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
67
BLOG

Taplanie się w swoim błotku

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 7
Tydzień temu wyjechałem na tour dziennikarski po USA i zacząłem pisać na blogu o moich tutaj spotkaniach, dyskusjach, spostrzeżeniach. I dostrzegłem dwie ciekawe kwestie. Po pierwsze – poczułem olbrzymią ulgę, nie musząc się codziennie babrać w naszych polskich sprawkach. Owszem, patrzę w Internet, co się tam w kraju dzieje (bo nie muszę dodawać, że z amerykańskiej perspektywy nie dzieje się nic istotnego, więc ani w żadnej TV, ani w gazecie nic o naszych sprawach nie uświadczysz), patrzę, o czym trwa dyskusja w Salonie. Ale czuję się na razie zwolniony z obowiązku włączania się w nią, z obowiązku śledzenia wydarzeń i bycia bardzo na bieżąco. Wobec czego wiadomości docierają do mnie jako pojedyncze impulsy i, prawdę mówiąc, budzą odruch... wiadomo jaki. Znowu się PiS z Platformą pobili. Znowu Jarosław grzmi, że trzeba głosować na PiS, żeby ratować Polskę. Znowu panowie z SLD okazują się najcnotliwszymi Katonami. Znowu, znowu, znowu to samo. Dookoła Wojtek, we własnym bajorku. A, i jeszcze ta afera z niemiecką satyrą. Doprawdy, wstrząsające. A ja mam przed oczami kraj, który ma może mnóstwo wad, ale ma też ogromnie dużo zalet – daleko więcej niż mój własny niestety. I gdzie życie polityczne, choć rządzi się takimi samymi regułami, jest jednak zorganizowane o niebo bardziej profesjonalnie. Dziś (tu jeszcze jest wtorek) widziałem kandydata na senatora (i obecnego senatora) Joe Liebermana dwa razy. Lieberman zrobił rzecz niezwykłą, podobno po raz pierwszy w politycznej historii USA: po tym, jak nie dostał nominacji demokratów, ogłosił, że startuje jako kandydat niezależny. I, według ostatnich sondaży, ma szansę wygrać z oficjalnym kandydatem demokratów Lamontem (republikanin się praktycznie nie liczy; sondaże dają mu 8 proc.). Najpierw widziałem Liebermana w miasteczku o nazwie Berlin, obok Hartford, gdzie miał spotkanie w budynku spółki wodociągowej. Perfekcyjnie przygotowany, członek Senatu od 18 lat, bez potknięcia i zająknienia, w ciągu jakichś 30 minut dał ludziom poczucie, że jest absolutnie najlepszym i jedynym kandydatem, że ich rozumie, że jest mądry i rozważny, i wyważony. Wszystko było przygotowane co do mrugnięcia okiem i gestu ręką, a jednak sprawiało wrażenie spontaniczności. Obok Liebermana jego żona i dzieci. Wieczorem zobaczyłem Liebermana na spotkaniu ze strażakami, którzy go w tych wyborach popierają. W czyściutkiej remizie na przedmieściach Hartford, w garażu, na tle strażackiego samochodu (tego typowego amerykańskiego trucka, jak z filmów, z długą kabiną i chromowanymi zderzakami) ustawili się ludzie z transaparentami, w żółtych koszulkach z czarnymi napisami Firefighters for Joe Lieberman. Był nawet pies – potężny, flegmatyczny ogar z niemożliwie obwisłą mordą, o nadzwyczaj dorbotliwym wyglądzie – także ubrany w taką koszulkę. Najpierw wszedł strażak w kilcie, grając na dudach, za nim Lieberman ze swoją świtą. Uściski dłoni (nie mógł wiedzieć, że dzięki mnie nie dostanie ani jednego głosu, więc i moją uścisnął), uśmiechy, przemówienie szefa międzynarodowego związku strażaków (wiele słów o honorze, wierności, poświęceniu) i przemówienie Liebermana – podobne do tego porannego, ale trochę jednak inne. I znów – wszystko dopięte na ostatni guzik, kamery uchwyciły, jak Joe głaszcze wielkiego psa, żadnych potknięć, niedociągnięć, słowa zagrzewające do wyborczego boju. Stick'n with Joe. Mój Boże. Pomyślałem o tysiącach polskich kandydatów na posłów, o ich żałosnych spotach, gdy stoją przed kamerą, ledwo się jąkając, i to ma zachęcić ludzi do głosowania. O przaśnych spotkaniach wyborczych, na których kandydat gada potworną urzędniczo-polityczną nowomową, o spóźnieniach, o jakichś dziwacznych wyborczych biesiadach z elektoratem. Ale co tam kandydaci – pomyślałem o posłach w parlamencie od trzech czy czterech kadencji, którzy mogliby Liebermanowi czyścić buty, bo tylko do tego się nadają. Nie umieją sklecić poprawnego zdania po polsku, nie umieją dobrać butów ani koszuli do garnituru, charyzmy mają tyle co babcia klozetowa, a przed kamerą albo puszą się jak idioci, albo płonią jak zawstydzona panienka. To nie jest polityka – dotarło do mnie – tylko jakaś jej żałosna imitacja w wykonaniu prowincjonalnych amatorów. Najlepsi i czołowi polscy politycy mogliby tu wygrać najwyżej wybory do rady miasta. I to niedużego. Jak dobrze, że nie muszę teraz patrzeć na ich wygłupy w końcowej fazie naszej kampanii. Po drugie – charakterystyczna jest reakcja czytelników Salonu. Ledwo przerzuciłem się z tematów krajowych na amerykańskie, liczba komentarzy spadła czterokrotnie. O czym to świadczy? Moim zdaniem niestety o tym, jak uwielbiamy się taplać we własnym błocie, przewalać w swoim grajdole, poza który nosa boimy się wyściubić. O teczkach, lustracji, wojence w polskich mediach, o wszystkich tych wałkowanych po tysiąc razy tematach z polskiego piekiełka internauci mają mnóstwo do powiedzenia. O tym, co się dzieje w najważniejszym kraju świata – niemal nic. Cóż, za kilka dni wrócę i zajmę się znowu tym, co zawsze. Gdybym miał tu ze sobą „Trans-Atlantyk”, znów znalazłbym odpowiedni cytat. Trzeba było być w sytuacji Gombrowicza, żeby zdać sobie sprawę z naszej żałosnej prowincjonalności. I się z niej wyzwolić.
Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj7 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka