59
BLOG
Republikanie biorą w skórę. Należało im się
W Waszyngtonie 1 w nocy i już wiadomo, że Demokraci odbili Republikanom Izbę Reprezentantów. Co do Senatu – nie wiadomo. Gdy piszę te słowa, Republikanom brakuje jednego miejsca do utrzymania tam przewagi, Demokratom – trzech do jej zdobycia. Wciąż decydują się losy mandatów z Missouri, Montany i Virginii, gdzie różnica w policzonych głosach wynosi kilka tysięcy. Rezultaty mogą być dopiero dziś po południu. Szczególnie interesowały mnie oczywiście losy tych kandydatów, których miałem okazję osobiście spotkać w ostatnich dniach. Lieberman rozwalił Lamonta w Connecticut w wyścigu do Senatu. Gdy piszę te słowa, sondaże powyborcze dają Liebermanowi (przy 69 proc. obwodów podliczonych) 50 proc. głosów, a Lamontowi o 10 pkt. mniej. Fortuna Lamonta (zabawne, że facet, którego majątek szacuje się na 300 mln dolarów, czaruje związkowców i podbija im bębenek) okazała się nie wystarczająca wobec doświadczenia Liebermana. I oczywiście jego bogatych sojuszników z różnego rodzaju przemysłowych grup interesu. Choć sam Lieberman włożył podobno własnych 15 mln dolarów w kampanię. W Arizonie w okręgu 8 energiczna Gabrielle Giffords pobiła na głowę Gary'ego Grafa w jego kowbojskich butach. Przy 66 obwodach podliczonych ma 55 proc. wobec 41 republikanina. Niektórych Amerykanów to głosowanie właściwie nie obchodzi – spotkałem takich – ale inni pasjonują się nim ogromnie. W samolocie United Airlines z Hartford do Waszyngtonu stewardessa powiedziała na koniec: „Miło było mieć państwa na pokładzie w dzień wyborów. I proszę nie zapomnieć zagłosować”. Możecie sobie Państwo wyobrazić, że podobny komunikat nadaje przez głośnik stewardessa w samolocie Lotu? Bo ja nie bardzo. W Waszyngtonie w School of Advanced International Studies na Johns Hopkins Univeristy przed 19 (wschodnie wybrzeże zamyka punkty wyborcze zwykle o 20) kłębił się w auli tłum studentów ze wszystkich możliwych stron świata, profesorowie i ludzie z waszyngtońskich think-tanków. „Po stronie republikanów zaczyna się już wytykanie palcami, kto jest winien sytuacji w Iraku i innych niepowodzeń” - powiedział mi James Dorn z konserwatywnego Cato Institute. - „To jest zawsze symptom kryzysu. Republikanie przechodzą kryzys”. Były darmowa cola, piwo, woda i pizza. Niestety, do pizzy się nie dorwałem, znikała w błyskawicznym tempie. W pubie Hawk'N'Dove (http://www.hawkanddoveonline.com), w pobliżu wspaniale w nocy oświetlonego Capitolu, kłębił się dziki tłum. Nazwa miejsca jest charakterystyczna, bo podobno bywają tam razem ludzie pracujący i dla republikanów, i dla demokratów, co nie jest częste. Tym razem miałem wrażenie, że przygniatająca większość jest jednak po stronie demokratów, bo gdy na którymś z telewizorów, nastawionych na NBC, pokazywano, że gdzieś tzw. contested seat w jednej lub drugiej izbie Kongresu wygrał demokrata, rozlegały się ogłuszające oklaski i dziki wrzask. Gdy wygrywał republikanin, rozlegało się ogłuszające wycie. W Polsce podobne wybuchy emocjonalnego entuzjazmu lub niezadowolenia wzbudzają wyłącznie mistrzostwa świata w piłce nożnej. W centrum tego koszmaru uwijał się za barem samotny młodzieniec, tak sprawny, że wydawało się, że obsługuje na raz pięć osób. Co zresztą nie było dalekie od prawdy. Zatem Demokraci wygrywają. Jeden z analityków na SAIS powiedział to, co się dość powszechnie potwierdza już od jakiegoś czasu: że były to wyjątkowe wybory, bo po raz pierwszy od czasów Wietnamu jednym z decydujących – a może i decydującym – czynnikiem była polityka zagraniczna, czyli przede wszystkim Irak. I to także ciekawa odpowiedź tym wszystkim, którzy, komentując moje wpisy, twierdzili, że Amerykanie są zamknięci na świat i nic ich on nie obchodzi. Otóż jak na amerykańskie standardy, zainteresowanie światem wzrosło wśród zwykłych obywateli wielokrotnie i wynik tych wyborów jest tego świadectwem. Na SAIS padła też sugestia, że jeśli przewagę w Izbie Reprezentantów zdobędą Demokraci, można się spodziewać wysypu komisji śledczych, badających różne wątpliwe aspekty działań administracji Busha. Przede wszystkim wojny w Iraku. Demokraci mający przewagę w Izbie oznaczają także demokratycznego jej przewodniczącego oraz demokratycznych szefów wszystkich ważnych stałych komisji. Z drugiej strony – klarował mi James Dorn – Demokraci aż tak wiele nie zdziałają. Izba jest słabsza od Senatu, ale trzyma w rękach kasę. To niby bardzo ważne, ale w kluczowej sprawie Bushowi nie zaszkodzi, bo Demokraci nigdy nie zdecydują się na obcięcie finansowania armii w Iraku. Wyborcy by im nie wybaczyli, bo to by było narażanie „naszych chłopców” na niebezpieczeństwo. Inna procedura, jaką mogliby podjąć, to impeachment Busha, ale na to także się nie zdecydują, bo mogłoby im to więcej popularności odebrać niż zyskać. Bush jest coraz mniej lubiany, ale jednak jest war time president i trzeba to brać pod uwagę. Nawet wśród demokratycznych wyborców niewielu poparłoby takie awanturnictwo. Przejęcie Izby przez Demokratów było spodziewaną porażką Republikanów. Znacznie bardziej na włosku wisi Senat i przegrana także tam mogłaby już bardzo poważnie utrudnić Bushowi prowadzenie tak samodzielnej i niezależnej polityki jak dotąd. Ale cóż, sam sobie jest winien. Faktycznie, w ogromnym stopniu pogrążył go Irak, gdzie Ameryka popełniła gigantyczne błędy – nawet jeśli przyjąć, że wchodzenie tam było generalnie słuszne, co też nie jest tak oczywiste. Niektórzy argumentują, że za te błędy nie można winić wyłącznie, a może nawet przede wszystkim Busha, Cheneya i Rumsfelda, ale także generalicję, która – niechętna Rumsfeldowi, chcącemu ograniczyć i odchudzić poszczególne rodzaje wojsk – w pewien sposób sabotowała jego działania. To tłumaczenie wydaje mi się jednak naciągane. Generalna wizja była wynikiem przekonań środowiska skupionego wokół Rummy'ego oraz wpływowych wówczas neokonserwatystów (dziś mają wpływy o wiele mniejsze niż pięć lat temu), a generałowie musieli ją wykonywać. To się musiało stać. Gadanie o „trwałej republikańskiej większości” w Kongresie było oczywiście iluzją. I chyba nawet dobrze. Gdybym był amerykańskim obywatelem, prawdopodobnie zarejestrowałbym się albo jako republikanin, albo jako niezależny – na pewno nie jako demokrata. Co nie zmienia postaci rzeczy, że po tylu latach republikańskiego prezydenta i obu izb Kongresu (z małą kilkunastomiesięczną przerwą) Republikanie wyglądają na wyczerpanych: brak im świeżego pomysłu na politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Może muszą poczuć nad sobą bat przegranej, żeby zerwać się do galopu – a zerwać się powinni szybko, bo przecież demokratyczna większość z Izbie to dla Demokratów niezły punkty wybicia do walki o prezydenturę za dwa lata.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)