46
BLOG
Rummy wypada z gry. Rewolucji nie będzie.
Zatem stało się: Donald Rumsfeld wyleciał z hukiem. Powiedzmy szczerze: należało mu się już od dawna. Trudno w Waszyngtonie znaleźć dzisiaj człowieka, który nie uważałby, że dymisja szefa Pentagonu jest spóźniona co najmniej o dwa lata. I dotyczy to także republikanów lub osób w jakiś sposób z nimi związanych. Od Gary'ego Schmitta z American Enterprise Institute (konserwatywnego think-tanku, gdzie pracował przez kilka lat Radek Sikorski) usłyszałem dokładnie to samo: Rumsfeld powinien wylecieć już dawno. Warto dodać, że Schmitt jest przez wielu uznawany za jednego z neoconsów, czyli neokonserwatystów, zwłaszcza w sferze militarnej. Schmitt podkreślał jednak coś, co wielu polskim miłośnikom meandrów amerykańskiej polityki umyka: po pierwsze – wpływy neoconsów w administracji Busha były od początku nieco przesadzone; po drugie – po odejściu z niej ludzi takich jak Paul Wolfowitz ich wpływy spadły niemal do zera. Sam Rumsfeld zresztą, przez wielu u nas błędnie kojarzony z tym trendem intelektualnym, neoconsem nigdy nie był. Schmitt stawia ciekawą tezę: chaos w Iraku był spowodowany m.in. tym właśnie, że Rummy nie był neokonserwatystą. Gdyby był, zastanawiałby się nad tym, jak najefektywniej zaprowadzić tam demokrację, bo przecież na tym zasadza się myślenie neoconsów: efektywne i realistyczne szerzenie demokracji. Rummy'ego zaprowadzanie demokracji jednak nie interesowało; jego interesowały tylko opcje militarne, samo prowadzenie wojny. I trzeba przyznać, że wojnę poprowadził dobrze, natomiast potem wszystko się rypło. Ciekawe, czy ktoś z Państwa miał okazję obejrzeć dzisiejszą (środową) konferencję Busha. To był niezły spektakl. Bush wyglądał na tak rozluźnionego i zadowolonego, jakby właśnie wygrał kolejne wybory prezydenckie. Najpierw wygłosił oświadczenie. W oświadczeniu dużo było mowy o konieczności ponadpartyjnej pracy z Demokratami dla dobra kraju. Była też oczywiście mowa o dymisji Rumsfelda. Prezydent stwierdził, że poprzedziła ją seria „serious and thoughtful conversations” z sekretarzem obrony. W klasyczny języku polityki oznaczałoby to, że Bush musiał być na Rummy'ego nieco wkurzony. Potem nastąpiły pytania od dziennikarzy, co samo w sobie było niezwykłe. Normalnie Bush odpowiada na dwa, trzy pytania, i to w dodatku wcześniej zgłoszone służbom prasowym Białego Domu, bo nie lubi być zaskakiwany. Tym razem wszystko odbywało się ewidentnie bez scenariusza, stąd liczne lapsusy, z których najzabawniejszy był następujący. Bush mówił o współpracy z Demokratami wobec wspólnego wroga – terrorystów. I nagle stwierdził (cytuję z pamięci): „The enemies are gonna be there whether I am a president or not, and I'm looking forward to working with them”. Wyszło więc na to, że prezydent koniecznie chce współpracować z terrorystami. Dziennikarze, dostawszy okazję, żeby się prezydentowi dobrać do skóry, byli bezlitośni. Pytali, dlaczego Rumsfeld odchodzi akurat teraz, skoro jeszcze dwa tygodnie temu prezydent zapewniał, że jest on znakomitym szefem Pentagonu i chce, aby był nim do końca jego kadencji. Bush próbował opowiadać, że armia potrzebuje świeżej perspektywy i przekonać, że Rumsfeld jest świetny i jego odejście tego nie zmienia. Ale były to próby żałosne: nie odwołuje się znakomitego sekretarza obrony. Rummy stał się w dużej mierze kozłem ofiarnym i jeszcze raz dzielnie wziął na siebie dużą część odium, które inaczej spadłoby w całości na jego szefa. Lecz dla wszystkich tutaj jest jasne, że choćby nie wiem jak Bush temu, zaprzeczał, odejście Rumsfelda to niebezpośrednie, ale jednak przyznanie się do błędów i porażki w Iraku. Jeśli komuś się jednak wydaje, że przejęcie przez Demokratów Izby, a może i Senatu, spowoduje fundamentalną zmianę polityki amerykańskiej, to się myli. Tak wynika ze wszystkich moich spotkań w Waszyngtonie, i z ludźmi bliskimi kręgom republikańskim, jak wspomniany Gary Schmitt, i zaliczanymi raczej do przeciwnego obozu, jak nasz inny dzisiejszy rozmówca, Derek Chollet z Center for Strategic and International Studies. Argumentacja jest, moim zdaniem przekonująca i wygląda mniej więcej tak. Na miejscach wielu Republikanów znaleźli się Demokraci, ale umiarkowani, a nie skrajni. Dobrym przykładem jest opisywany przeze mnie kilka dni temu wyścig w Connecticut. Wygrał go Demokrata (choć startujący jako niezależny) Joe Lieberman, a nie pokrzykujący i skrajny Lamont. Więcej: Lamont dostał po prostu lanie, przegrywając z Liebermanem ponad 10 punktami. Umiarkowani Demokraci natomiast w wielu sprawach byliby gotowi podpisać się pod tym, co obecnie robi administracja. Ta natomiast może ich postawić w trudnej sytuacji, przedstawiając Izbie np. uchwałę o zwiększeniu liczby żołnierzy w Iraku. Co mają wtedy zrobić Demokraci? Nie uchwalać? Republikanie natychmiast zaczną podnosić krzyk, że wojna jest przegrywana właśnie przez nich. W opublikowanym około tydzień temu w „Washington Post” artykule Robert Kagan (ten od „Of Paradise and Power”) stwierdził, że Demokraci zbyt długo pozostawali w opozycji (z małą przerwą przez całą kadencję Busha) i oderwali się od odpowiedzialności za sprawy kraju. Byłoby dobrze, gdyby zostali znowu wciągnięci do współdecydowania i część odpowiedzialności poczuli na swoich barkach. I tak się stanie, Republikanie i administracja Busha z pewnością o to zadbają. Tymczasem w niektórych – najważniejszych – sprawach Demokraci nie mają dobrej alternatywnej odpowiedzi. Przede wszystkim w sprawie Iraku. Nikt poważny nie nawołuje do natychmiastowego wycofania wojsk. Demokraci, owszem, chcą odwrotu, ale wtedy, gdy „zostanie osiągnięty cel”. Czyli w zasadzie nie wiadomo kiedy. Czym się tu różnią od Republikanów? Z europejskiego punktu widzenia zwycięstwo Demokratów może także oznaczać niemiłą niespodziankę. Większość europejskich rządów jest niechętna administracji Busha i jak kania dżdżu oczekiwała, aż Republikanie stracą choć część władzy. Tyle że to oznacza brak usprawiedliwienia dla słabej transatlantyckiej współpracy. Derek Chollet powiedział ciekawą rzecz: gdy trwał wyścig o prezydenturę między Bushem a Kerrym, wielu jego europejskich znajomych trzymało kciuki za tego drugiego. Ale Kerry przegrał. Wśród europejskich kolegów Cholleta zapanował smutek. Derek uświadomił im jednak, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłby Kerry po dojściu do władzy, byłoby poproszenie Europejczyków o zwiększenie udziału w irackiej operacji. Ci straszni republikanie stracili Biały Dom, więc jakie teraz Europejczycy mogą mieć usprawiedliwienie, żeby się nie angażować? Demokraci nie zrobią żadnej rewolucji. Sądu nad Bushem nie będzie. Zobaczymy, jak sobie poradzi amerykański prezydent w tej nowej sytuacji przez ostatnie dwa lata swojej prezydentury. Wtedy każdy amerykański prezydent czuje, że zaczyna naprawdę pracować na swoje miejsce w historii. Jakie będzie miejsce Dubya? *** I na marginesie o sprawie polskiej. Widzę właśnie, że z jakąś mrożącą krew w żyłach rewelacją szpiegowską wystąpił Jan Parys – człowiek w berecie – ale nie przedstawił oczywiście nawet pół dowodu. Nie wiem, co Parys chciał osiągnąć i czy ma rację czy nie. Wiem natomiast, że swoimi działaniami w Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie (przypominam: wypłacił sobie bezprawnie horrendalną premię i odmawiał jej zwrócenia, gdy sprawa wyszła na jaw) powinien był się skazać na polityczny i publiczny niebyt po wieki wieków. Tak się, jak widać, nie stało, Jan Parys ma się dobrze, skruchy nie okazał nigdy, nigdy nikogo nie przeprosił, a teraz przed kamerami demaskuje wyimaginowanych lub prawdziwych agentów – wszystko jedno. I to by było tyle jeśli idzie o jakość polskiego życia publicznego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)