Szef Salonu ogłasza w nim ciszę wyborczą i prosi o niepublikowanie politycznych komentarzy. Bez przesady – zabroniona jest agitacja, ale czy skrytykowanie samej ciszy wyborczej też podpada pod agitację polityczną? Mam nadzieję, że nie, bo byłaby to paranoja. Pozwolę sobie zatem na kilka słów na ten temat.
Cisza wyborcza jest idiotyzmem. Dobrym tego przykładem jest obecna sytuacja, gdy w naszych blogach musimy się pilnować, żeby nie podpaść PKW.
Nikt właściwie nie wie, czemu cisza wyborcza mianowicie ma służyć, ale też nikt od lat nie wezwał, żeby z tym kretynizmem wreszcie zerwać. Ciszy wyborczej nie ma ani w Wielkiej Brytanii, ani w USA, a tamtejsze demokracje mają się, śmiem twierdzić, o niebo lepiej od naszej. Kampanię prowadzi się w dzień wyborów i nikomu to nie przeszkadza. Jedyne ograniczenie dotyczy publikowania sondaży w czasie trwania głosowania. I to można zrozumieć.
Ale czemu ma służyć cisza wyborcza u nas? Podobno ma dać wyborcom czas na refleksję. Czyli – mamy rozumieć – wyborcy w dzień przed wyborami siadają głęboko w swoich fotelach, zaciągają story w oknach i oddają się głębokiej kontemplacji, której nie powinna im przerywać żadna agitacja? Bzdura, rzecz jasna.
Podobnie jak bzdurą jest argument, że agitacja musi się skończyć wcześniej, żeby nikt nie decydował pod wpływem impulsu. A niby dlaczego? Jeśli ktoś życzy sobie decydować pod wpływem chwili, to czemu mu tego zabraniać? Jeśli impuls nie pojawi się w sobotę lub niedzielę wyborczą, to pojawi się w piątek. Czym różni się impuls z piątku od impulsu z soboty? Jeśli zaś ktoś podejmuje wybór przemyślany, to i tak nic go od niego nie odwiedzie i żadna agitacja nic tu nie da. Niech ludzie decydują z dowolnych powodów – to ich sprawa. Albo uznajemy ich za dość dorosłych, żeby głosować, a w takim razie nie chrońmy ich przed agitacją choćby i w drodze do lokalu wyborczego, albo uważamy ich za niedojrzałą hałastrę, a w takim razie cała nasza demokracja to pic na wodę. Dlaczego w kolejnej dziedzinie państwo traktuje nas jak gówniarzy, których trzeba ciągle prowadzić za rączkę?
Ciszę wyborczą uważam przeto za jeden z najgłupszych i najbardziej irytujących przejawów infantylnego paternalizmu (tak, to nie oksymoron, to jest możliwe) naszego państwa. Pora z tym dziwacznym wynalazkiem zerwać.
***
Mam nadzieję, że moje ostatnie spostrzeżenia z Waszyngtonu pod ciszę wyborczą w żaden sposób nie podpadają. I że można pisać o polityce amerykańskiej.
W ostatni dzień w Waszyngtonie miałem wreszcie trochę czasu, żeby przejechać się do parku, gdzie na jednej osi stoją charakterystyczne budowle: Mauzoleum Lincolna, staw, po obu jego bokach mauzolea poległych w Korei i Wietnamie, dalej pomnik poległych w II wojnie światowej, jeszcze dalej pomnik Waszyngtona (ten olbrzymi, kilkudziesięciometrowy, monumentalny obelisk) i wreszcie kolejny staw i Kapitol.
Najpierw wszedłem do Mauzoleum Lincolna. Dziwne wrażenie i z góry przepraszam wszystkich amerykańskich przyjaciół, ale gigantyczny Lincoln, siedzący na fotelu, skojarzył mi się z przytłaczającymi monumentami Stalina. Nie żebym porównywał ze sobą te postacie, Boże broń. Tak jeszcze nie zwariowałem. Ale styl czczenia bohaterów narodu przez Amerykanów i Rosjan jest jednak podobny. Gigantomania jest faktem oczywistym.
Z drugiej strony pomnik ofiar wojny w Wietnamie jest wręcz kameralny: ułożone na ścianach płytkiego jakby zagłębienia czarne marmurowe płyty z ponad 50 tys. nazwisk poległych – i nic więcej. Robi wrażenie. Pomnik żołnierzy z wojny koreańskiej jest bardziej internacjonalistyczny, bo wymienia inne nacje, biorące udział w konflikcie po stronie Narodów Zjednoczonych, a poza tym składa się z naturalnej wielkości figur żołnierzy, idących do ataku. I to, przy odrobinie złej woli, można uznać już za trochę tandetne.
Przy pomniku żołnierzy z II wojny światowej naszła mnie natomiast przykra refleksja. Pomnik jest wieloczęściowy, składa się z kilku fontann, dwóch kamiennych baldachimów, rozległego placu. Na ścianach wyryte są cytaty z Roosevelta, Trumana, Marshalla, Nimitza. Są też płaskorzeźby, przedstawiające różne epizody wojny. I otóż to: jeśli ktoś będzie w Waszyngtonie, proszę spojrzeć na pierwszą płaskorzeźbę na lewej ścianie, patrząc w stronę pomnika Waszyngtona. Przedstawia ona scenę, gdy spotykają się żołnierze sowieccy i amerykańscy i serdecznie się witają. Po sowieckiej stronie jest nawet przystojna żołnierka, taka jakby Marusia z „Czterech pancernych”.
Tym epizodem akurat nasi amerykańscy przyjaciele nie powinni się za bardzo chwalić. Za sprawą uporczywej głupoty i naiwności (bo realizmu w tym było niewiele – proszę zerknąć do choćby „Dyplomacji” Kissingera) swojego prezydenta nie zajęli Berlina i całych Niemiec przed Sowietami – a mogli. Uściśnięcie dłoni żołnierzy sowieckich i amerykańskich dla nas i innych narodów Europy Środkowej oznaczało podporządkowanie sowieckiemu zwierzchnictwu na kolejne lat. W tym kontekście umieszczone obok słowa amerykańskich przywódców o wolności, jaką niesie amerykański sztandar, brzmią jak wyjątkowa hipokryzja. Prawda jest niestety taka – i o tym zaciekli zwolennicy dozgonnej i emocjonalnej przyjaźni polsko-amerykańskiej zapominają – że począwszy od Teheranu prawdziwymi zdrajcami sprawy polskiej byli Amerykanie, nie Brytyjczycy, choć ci ostatni mieli na koncie wiele przykrych gestów. Jednak to Churchill starał się otworzyć Rooseveltowi oczy na nowe niebezpieczeństwo sowieckiej dominacji i gdyby amerykański prezydent zechciał go lepiej słuchać, może i nasza historia wyglądałaby inaczej. Ale Roosevelt był tak zafascynowany Stalinem, że cierpiący straszne męczarnie z powodu Heinego-Medina przełknął gładko upokorzenie, jakim było bezczelne i cyniczne naleganie Józefa Wissarionowicza, aby kolejną konferencję Wielkiej Trójki zorganizować w Jałcie, pod jego bokiem, zamiast gdzieś w połowie drogi między Moskwą a Waszyngtonem.
Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby taką scenę na pomniku umieścić. Ktokolwiek to był, może ktoś kiedyś wpadnie na lepszy pomysł, żeby ją stamtąd zdjąć.
***
Tymczasem, tak jak się jednak spodziewałem, Demokraci wzięli również Senat. Bush płaci wielką cenę za trwanie przy swoich przekonaniach. Można by powiedzieć, że trwałość przekonań to wielka cnota. Owszem. Ale nie wbrew faktom.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)