Lońka Rywin wyszedł na wolność, bo sąd zbadał dokładnie sprawę i orzekł w swej nieskończonej sędziowskiej mądrości, że Lońka dobrze się sprawował za kratami i w zasadzie się zresocjalizował.
Lonia dał w kilka godzin później wyraz swojemu zresocjalizowaniu, oznajmiając dziennikarzom, że czuje się „jak każdy więzień polityczny” i nie będzie odpowiadał na żadne pytania, „dopóki się ten cyrk w Polsce nie skończy”. No, jeśli tak, to pewnie już nigdy nic od Rywina nie usłyszmy, gdyż stan cyrkowy jest w polskim życiu publicznym stanem naturalnym i oczekiwać, że się on kiedyś skończy to jakby spodziewać się, że pewnego dnia Wojciech Wierzejski zapisze się do Lambdy, a Kazimiera Szczuka weźmie ślub kościelny, na dodatek z mężczyzną.
Nie chodzi mi tu jednak o samego Lońkę Rywina, który może być żywą ilustracją powiedzenia o tym, że posłańcowi ścina się głowę, ale o przedziwne meandry i labirynty, jakimi podąża światła myśl prawnicza polskich sędziów. Zaiste, chciałbym wyciągnąć panią sędzię, która w tej sprawie orzekała, na piwo i spytać ją, skąd mianowicie miała wiedzę, iż Lonia się zresocjalizował i na czym owa resocjalizacja w jego przypadku polega. Być może jednego możemy być przynajmniej pewni: Lonia więcej nie spotka się z Adasiem, a już na pewno nie w budynku Agory i nie bez własnego magnetofonu, a może i dwóch.
***
I drugi obrazek: Ruch Ludowo-Narodowy zgłosił zapotrzebowanie, aby jego członkini Anna Sobecka została wicemarszałkiem Sejmu.
Gdy widzę Annę Sobecką przypomina mi się moja rozmowa z jednym z posłów PO. W tym wypadku partia nie bardzo ma znaczenie, bo podobne wyznanie słyszałem kilka miesięcy potem od prominentnego posła PiS. Znaczenie ma raczej fakt, że ów poseł nie jest zawodowym parlamentarzystą i do niedawna nie zajmował się bezpośrednio polityką, a jest człowiekiem wybitnie inteligentnym. Otóż ów poseł powiedział mi, kryjąc właściwe przesłanie w bardzo taktownej formie: „Wie pan, ja w Sejmie spotykam ludzi, których pewnie w normalnym życiu nigdy bym nie spotkał. Ba, nie podejrzewałbym nawet, że tacy mogą istnieć. I to jest niezwykle interesujące doświadczenie socjologiczne”.
Czy ktoś mógłby sobie wymyślić Annę Sobecką? Pewnie nie. Podobnie jak trudno byłoby sobie wymyślić np. Piotra Misztala. To są postacie wprost fascynujące z, rzekłbym, entomologicznego punktu widzenia. Jeśli ktoś jest smakoszem ludzkich typów, to może się nimi – i wieloma innymi z gmachu przy Wiejskiej – napawać z największą rozkoszą. Może je sobie przyczepić szpileczką na tekturce jak motylki właśnie. Ta bystrość spojrzeń, ta błyskotliwość, pełnia klasy, erudycja… Tylko w pewnej chwili przychodzi taka myśl: cholera, oni mają te karty i ja je włożą do czytnika, to mogą oddać głos.
Ale cóż, jak filozoficznie zauważa marszałek Jurek, Sejm jest odbiciem woli wyborców.
Ostatnio popularną postacią jest niejaki Wojciech Kononowicz. Prosty chłopina, w tureckim sweterku, kochający szczerze swoją mateczkę staruszkę, kandydował na prezydenta Białegostoku w ramach jakiegoś okrutnego dowcipu i dostał nawet 2 procent głosów. A przecież jakby go tak trochę podszkolił Tymochowicz, to nie byłby gorszy od Sobeckiej czy Misztala. Może tylko trochę uczciwszy. Ale ponieważ Kononowicz nie wygrał, więc budzi tylko litość, a nawet pewną tkliwość. W przeciwieństwie do jego sejmowych odpowiedników.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)