Na początek uwaga do potencjalnych komentatorów: proszę mnie z powodu tytułu oraz samego tekstu nie zaliczać do obozu wsparcia Wojtka Olejniczaka, do michnikowszczyzny, Gamoni i Krasnoludków albo jakiejkolwiek innej kliki. Jak już ostatnio wyjaśniałem, odpowiadając Biedronce, fakt, że czyjeś poglądy akurat w tej czy innej sprawie zgadzają się z poglądami tego czy innego środowiska absolutnie nie oznacza, że dana osoba się z tym środowiskiem identyfikuje lub do niego należy. Tymczasem niektórzy bywalcy Salonu24 ewidentnie odczuwają potrzebę takiego właśnie szufladkowania i bez niego czują się nieswojo oraz niepewnie.
A teraz do rzeczy. Gdy bodaj trzy dni temu wypłynęła oficjalnie (bo nieoficjalnie, jak słusznie zauważył Rafał Ziemkiewicz, wiadomo było od dawna) sprawa agenturalnej przeszłości Zygmunta Solorza, któryś z internautów, komentujących mój poprzedni wpis, zasugerował, że pisząc o polskiej historii zamiast o Solorzu uciekam od naprawdę ważnych i trudnych tematów. Ta uwaga mnie zastanowiła i zacząłem zadawać sobie pytanie, skąd u mnie intensywna niechęć, aby odnieść się do przypadku właściciela Polsatu. Oto odpowiedź.
Po pierwsze, uważam, że w zestawieniu z naprawdę pasjonującymi kwestiami z polskiej historii, w rodzaju śmierci gen. Sikorskiego, temat Solorza jest śmiertelnie nudny. Używając muzycznego porównania – kwestie takie jak zamach w Gibraltarze są jak muzyka Bacha czy Telemanna – zawsze ciekawe i nieprzemijające. Solorz natomiast jest jak Britney Spears, o której za pięć lat nikt nie będzie pamiętał.
Po drugie – co znacznie ważniejsze – zacząłem się zastanawiać, co właściwie z praktycznego punktu widzenia zmienia wiedza, jaką oficjalnie posiedliśmy o twórcy Polsatu. Częściowo podobnym tropem poszedł w swoim wpisie Igor Janke, ale skupił się jedynie na nawalance między poszczególnymi mediami.
Żeby było jasne: zawsze byłem i nadal jestem zwolennikiem ujawniania śmierdzących spraw z przeszłości. Zwłaszcza w odniesieniu do osób publicznych, a taką pan Solorz bez wątpienia jest. Jednak zdecydowanie wolałbym, żeby zostały zachowane zdrowe proporcje między tematami, mającymi realny wpływ na funkcjonowanie państwa i życie ludzi a kolejnymi agenturalnymi rewelacjami.
Te proporcje są niestety dramatycznie zachwiane. Kanały, jakimi wypłynęła do otwartego obiegu sprawa Solorza, wskazują dość jednoznacznie, że inspiracja pochodziła z kręgów, powiedzmy, oficjalnych. I ma ona – owa inspiracja – swoją wewnętrzną logikę, idealnie zgodną z przekonaniami, ocenami i sposobem myślenia braci Kaczyńskich. Wygląda to mniej więcej tak:
Jarosław Kaczyński powtarza od miesięcy mantrę, że media nie cierpią PiS-u, ponieważ należą do układu, a PiS chce układ rozwalić. (Na marginesie: moim skromnym zdaniem media nie cierpią PiS-u głównie z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że większość dziennikarzy ma prywatnie dość liberalne poglądy; po drugie dlatego, że niemal wszyscy liderzy PiS są skrajnymi antytalentami medialnymi. Dorobiona do tego legenda walki z układem jest piękna, ale, rzekłbym, prawdziwa w mocno ograniczonym stopniu.) Filarem układu są służby specjalne. Solorz pracował dla tychże służb, a teraz kieruje medialnym imperium. Wszystko się ładnie układa.
Tylko nawet jeśli tak by było, to co z tego? Sprawa Solorza zajmie teraz na kilkanaście dni poczesne miejsce w krwawym spektaklu politycznego podrzynania sobie gardeł, niekoniecznie bezpośrednio, ale także przez wiernych żołnierzy w rodzaju „Naszego Dziennika” czy „Gazety Polskiej” z jednej strony, a TVN czy „GW” z drugiej. Ten spektakl zastąpił już dawno normalne życie publiczne.
W normalnym życiu publicznym sprawa Solorza, owszem, powinna się pojawić. Nie jest to naprawdę bez znaczenia, że twórca jednej z dwóch głównych prywatnych telewizji był konfidentem SB. Zwłaszcza gdyby się miało okazać, że ta współpraca w jakiś sposób pomogła mu w budowie owego imperium.
Ale ważniejsze wydaje mi się np. dlaczego Zyta Gilowska chce powiększyć szarą strefę, utrudniając ludziom samozatrudnienie. Albo kiedy zostaną obniżone podatki. Albo jak polski rząd zamierza rozwiązać patową sytuację w związku z Rosją (patrz niżej). Albo jaki jest nasz pomysł na kwestię unijnego traktatu konstytucyjnego, która niechybnie wkrótce się pojawi. Albo czy kosztowne CBA będzie uprzejme wreszcie zabrać się do roboty. Albo ile jeszcze razy będziemy bez żadnych dla nas korzyści przedłużać naszą obecność w Iraku. I tak dalej.
Jednak przegląd tego, czym żyją media, politycy, komentatorzy pozwala dojść do wniosku, że odpowiedź na wszystkie powyższe pytania zależy wyłącznie od jak najgłębszego rozbabrania sprawy Zygmunta Solorza.
Tylko, na litość boską, co to w praktyce zmienia? Czy jeśli Solorz kapował, to Polsat zostanie zamknięty? Znacjonalizowany? Zaplombowany? Czy ktoś wykaże, że służby specjalne, nasze lub obce, ewentualnie osobiście gen. Dukaczewski, bezpośrednio inspirują Tomasza Lisa i udzielają mu instrukcji przed każdym nagraniem „Co z tą Polską?”? Czy materiały, jakie pojawiają się w „Informacjach” i pokazują rzetelnie (nie wszystkie są oczywiście rzetelne, o nie) wpadki rządzących, stają się przez to mniej prawdziwe? Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi oczywiście: nie.
I dlatego właśnie nie skomentowałem Solorza.
Jednego jestem niestety pewien: wyłącznie od babrania się we własnym gówienku – choć to czasem niezbędne – Polska nie stanie się europejską potęgą.
***
I jeszcze na marginesie, komentarz do jednego z postów Macieja Rybińskiego. Pan Maciej napisał, że Polska słusznie pokazała swoją siłę, korzystając z przysługującego nam w Radzie UE weta.
Otóż tak sobie pomyślałem – toutes proportionnes gardées – że Polska wspaniale pokazała swoją siłę w słynnym przemówieniu ministra Becka, tym o honorze. Skutkiem była niezwykle chwalebna i zakończona efektowną klęską wojna obronna 1939 roku. Po czym nastąpiło pięć lat krwawej okupacji. Ale co się postawiliśmy, to nasze. (Tu odsyłam do poprzedniego wpisu i ciekawej dyskusji pod nim: http://lukaszwarzecha.salon24.pl/1326,index.html.)
Otóż ja bym wolał, żeby zamiast pokazywać naszą siłę, rządzący byli skuteczni. Na razie mam wrażenie, że poza przywaleniem pięścią w stół premier nie bardzo ma pomysł, jak by tu wybrnąć z kryzysu. Unia ma niestety to do siebie, że jest bardzo skomplikowanym dyplomatycznym organizmem i ci, co bez koncepcji dalszego działania przywalają w niej piąchą w stół, na ogół kiepsko na tym wychodzą. Każdy broni w niej oczywiście własnego interesu (nie wierzę w istnienie mitycznego „wspólnego interesu europejskiego”, będącego czymś więcej niż prostą sumą interesów członków UE), tylko że zwykle nie cepem, ale trochę sprytniej. My na razie wymierzyliśmy cios kłonicą i patrzymy, co się stanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)