Paweł Wroński pochwalił kilka dni temu najnowszego Bonda. Ośmielił mnie tym samym, żebym – jako zagorzały wielbiciel całej serii – także się na ten temat wypowiedział.
Z Pawłem się zdecydowanie nie zgadzam. „Casino Royale” mocno mnie rozczarowało. To przyzwoity film sensacyjny, ale Bond to to nie jest. Gdyby główny bohater nazywał się, powiedzmy, John Smith, to niemal po niczym nie moglibyśmy poznać, że mamy do czynienia z odcinkiem bondowskiej serii. A przecież jej cały sens i smaczek zawiera się właśnie w pewnych stałych elementach, ogrywanych wciąż na nowe sposoby.
Wyliczmy tymczasem, czego w najnowszym Bondzie nie ma, a być powinno.
Nie ma żadnych gadżetów. Zgoda, że niewidzialny samochód w „Die Another Day” był już może nieco przesadzony. Ale całkowita rezygnacja z tego atrybutu to dużo większa przesada.
Nie ma genialnego tematu muzycznego, od 40 lat związanego z Bondem. Pojawia się dopiero jako podkład pod końcowe napisy.
Nie ma tradycyjnej czołówki. Stała scena ze strzelającym Bondem, wkomponowanym w zero, będące jednocześnie wylotem lufy, pojawia się nie w tym momencie, co zwykle, a czołówka jest czarno-biała, krótka i na dodatek zawiera brutalne mordobicie, bez śladu chirurgicznej precyzji i subtelności, charakterystycznej dla 007.
Nie ma śladu po Moneypenny. Choć nawet w tym scenariuszu, przesłodzonym z punktu widzenia relacji męsko-damskich, byłoby dla niej miejsce.
Nie ma Q. To poniekąd oczywiste, skoro nie ma gadżetów.
Nie ma panienek o zbereźnych imionach (z całej serii najbardziej lubię Pussy Galore).
Nie ma ciętych i dwuznacznych odzywek Bonda. To się nawet komponuje, bo do takich odzywek trzeba być dość błyskotliwym, a Bond w wykonaniu Craiga sprawia chwilami wrażenie wręcz tępawego.
Nie ma kwestii „wstrząśnięte, nie zmieszane”. Na tradycyjne pytanie pada odpowiedź (co skwapliwie przytoczył Paweł): „Mam to w dupie”.
A przede wszystkim nie ma bondowskiego nastroju. To, co dla mnie jest nieodłącznie związane z najlepszymi częściami cyklu, co miał w sobie Sean Connery, a przede wszystkim Roger Moore, a co w miarę kolejnych części z jego udziałem coraz lepiej wygrywał Pierce Brosnan, to dystans Bonda do samego siebie i puszczanie oka do widza. W najmniejszym stopniu mieli to Timothy Dalton i niemal zapomniany George Lazenby, który m.in. z tego powodu zagrał tylko w jednym Bondzie („On Her Majesty's Secret Service”).
Otóż Bond w „Casino Royale” jest nieznośnie, wprost nie do wytrzymania, na serio. Nie ma żadnej autoironii (gdzie to genialne puszczanie oka do widza, gdy w „Śmierć nadejdzie jutro” Bond bierze z półki książkę „Ptaki Indii Zachodnich”... Jamesa Bonda – bo właśnie z tego atlasu ornitologicznego Ian Fleming wziął kiedyś nazwisko swojego bohatera), nie ma żadnego dystansu, są za to teksty jak z „Przeminęło z wiatrem” o odzieraniu ze skorupy i tym podobnych. Nic dziwnego, że w tych miejscach publiczność się śmieje, bo na serio tego brać nie sposób, choć tak jest pomyślane. Wątek romantyczny jest zresztą jak przeklejony z innego filmu i już kompletnie nijak się nie ma do tradycyjnego bondowskiego wizerunku.
Craig być może jest dobrym aktorem, być może nawet mógłby zagrać Bonda tak, jak się Bonda powinno grać. Ale nie wyobrażam sobie, jak miałby to zrobić po występie w „Casino Royale”.
Utarta bondowska formuła na pewno potrzebowała odświeżenia, ale nie polegającego na kompletnym odarciu jej ze wszystkich atrybutów serii. To po prostu już nie jest Bond.
Mam nadzieję, że dla Craiga występ w tej roli okaże się jednorazową przygodą, jak niegdyś dla Lazenby'ego, i że za dwa, trzy lata dostaniemy porządnie zrobiony, nowy prawdziwy film o Bondzie, podrywającym cynicznie piękne kobiety, pijącym martini z wódką wstrząśnięte, nie zmieszane, mającym w zegarku odbiornik satelitarny, laser i mikrobombę, a przede wszystkim obdarzonym odpowiednią autoironią i dystansem do samego siebie.
A na razie, w ramach odtrutki, zamierzam sięgnąć na półkę po „For Your Eyes Only” - jedną z moich ulubionych części z cudownie ironicznym Moorem.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)