Pojechałem do Kolegium Europejskiego w Natolinie na panel „Dokąd zmierza Europa?" nie dlatego głównie, żeby posłuchać obecnego ministra spraw zagranicznych Francji Philippe'a Douste-Blazy albo byłego, Huberta Védrine'a, ale żeby posłuchać naszej minister Anny Fotygi. Okazje, gdy pani minister w ogóle odzywa się publicznie, są na tyle rzadkie, że należy je łowić.
Smaczek polegał też na tym, że Centrum Europejskie w Natolinie jest jednym z tych miejsc, które minister Fotyga obdarza największą nieufnością. Jak widać, nie przeszkodziło jej to pojawić się tam, żeby ogrzać się trochę w blasku fleszów i kamer.
Salę zapełniali głównie studenci Kolegium i dyplomaci. Było też trochę dziennikarzy. Anna Fotyga mówiła przyzwoitą angielszczyzną bez kartki, co samo w sobie trzeba zaliczyć na plus. Nie było żadnej kompromitacji, choć zabrakło także rewelacji. Spotkanie o temacie „Dokąd zmierza Europa" w naturalny sposób powinno było zahaczyć o kwestię traktatu konstytucyjnego, ale o tym akurat Fotyga prawie nie mówiła. Na samym końcu spotkania podkreśliła tylko, że nie jesteśmy mu przeciwni.
Jej wystąpienie było sztampowe. Najpierw obowiązkowy trybut tradycji „Solidarności" - klisza o tym, że my mamy dług wobec Zachodu, więc teraz musimy go spłacić wobec Wschodu. I tu przejście do drugiego wątku: poszerzenie Unii oznacza dla nas głównie dążenie do poszerzenia o Ukrainę. Turcja - tak, ale pod warunkiem, że spełni twarde kryteria. Była też wzmianka o konieczności ułożenia dobrych stosunków z Rosją.
Dobrze, że pani minister przypomniała o Ukrainie. Charakterystyczne, że żaden z francuskich gości się do tego nie odniósł. Sprawa poszerzenia o Ukrainę po prostu nie mieści się dla nich w grupie spraw, które należałoby dziś traktować poważnie.
Douste-Blazy był w zasadzie równie sztampowy, tyle że po francusku. Powinniśmy szybko osiągnąć porozumienie w sprawie podstawowych zmian w instytucjach europejskich, a dopiero potem zabierać się za rozważanie zmian głębszych. Nowa propozycja traktatu musi się różnić od tej odrzuconej. Kandydaci do UE z Bałkanów muszą bezwzględnie spełniać kryteria. Dopiero na koniec przemówienia padła ogólna, strategiczna deklaracja (też nie odkrywcza, ale definiująca francuskie podejście): świat jest wielobiegunowy i Europa musi w nim być jednym z biegunów.
Najciekawszy - jak to często bywa - był były minister, już nie skrępowany taktycznymi ograniczeniami swojego rządu, Hubert Védrine. Kilka jego bardziej interesujących tez, postawionych dość bezkompromisowym tonem:
- Nie ma dzisiaj porozumienia co do dalszej drogi, jaką powinna podążać Unia. Trzeba się będzie napocić, żeby je osiągnąć.
- Po zawarciu traktatu z Nicei pojawił się błąd maksymalizmu. Zamiast cieszyć się ze z takim trudem osiągniętego nicejskiego kompromisu (przypominam, że losy polskich głosów w Radzie UE, jakie wtedy zdobyliśmy, ważyły się do ostatniej chwili i były naprawdę dramatyczne), zapanował jakiś „romantyczny szał" dążenia do nieosiągalnej doskonałości, którego wynikiem było stworzenie traktatu konstytucyjnego, następnie dorzuconego przez Holendrów i Francuzów. W innych krajach też zagłosowano by przeciwko, gdyby obywatele dostali taką możliwość.
- Dzisiaj nie ma pewnej metody takiego skonstruowania traktatu, żeby Europejczycy go zaakceptowali. Jego budowanie na nowo będzie w tym sensie chodzeniem po polu minowym.
- Można by się ograniczyć do tzw. małego traktatu, ale tu też nie będzie zgody między państwami, co to właściwie ma być „mały traktat".
- Tak naprawdę do stworzenia konstytucji UE parły elity polityczne, podczas gdy obywatele wcale tego nie oczekiwali. Oni oczekiwali - i nadal oczekują - czegoś praktycznego. Elity zapadły na instytucjonalną obsesję, a ludzie chcą konkretów.
- Francuzi muszą się w końcu dowiedzieć, gdzie leżą granice UE. Póki ktoś tego w końcu nie określi, zawsze będą się czuć niepewnie.
- Unia musi stworzyć 5-6 dużych projektów - może w energetyce, w ochronie środowiska itp. - żeby mieć jakiś konkretny, strategiczny cel.
- Europejczycy po 1989 r. uwierzyli, że era mocarstw się skończyła i dlatego chcieliby Unii raczej jako wielkiej Szwajcarii. Jeśliby tak miała wyglądać Unia, to w światowej grze zostałaby tylko widzem. Trzeba ludzi przekonać, że być dzisiaj tylko widzem to za mało.
Uwagi Védrine'a były ciekawe i świeże, a co więcej - z wieloma zdecydowanie się zgadzam. Co jest tym ciekawsze, że Védrine jest socjalistą, był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Lionela Jospina.
Gdy w Natolinie gwarzyli sobie ministrowie byli i obecni, w Berlinie z pierwszą misją działali nasi „Szerpowie", czyli wysłannicy, mający za zadanie przekazywać nasze koncepcje w sprawie traktatu konstytucyjnego aktualnej prezydencji UE. Jednym z „Szerpów" jest Marek Cichocki, związany zresztą właśnie z Centrum w Natolinie.
I tu wielki plus dla prezydenta, który go do tej roli wyznaczył. Od kiedy w roli prezydenckiego doradcy Marek Cichocki występuje formalnie, jestem znacznie spokojniejszy o nasz głos w debacie. Świetny fachowiec, erudyta, nie zachłystujący się owym „romantycznym szałem", jak to określił Védrine, a przy tym człowiek bardzo spokojny i rozsądny. No i jeden z najlepszych znawców Niemiec, co w tej chwili jest olbrzymim atutem.
Szkoda tylko, że opinia publiczna w dalszym ciągu nic nie wie o tym, z jaką właściwie koncepcją nasi „Szerpowie" jeżdżą do Berlina. Pałac prezydencki nie był uprzejmy zdradzić swoich zamysłów. Nie ma też żadnej publicznej debaty. Czego by nie mówić o czasach, gdy tworzono pierwotny traktat, były jakieś próby przedstawienia jego idei w całym kraju. Co miesiąc odbywały się spotkania z delegatami do Konwentu w różnych miastach Polski.
Dziś sytuacja jest oczywiście nieco inna, bo sprawa przeniosła się na szczebel ściśle międzyrządowy. Mimo to chciałbym wiedzieć, co nam pichcą polityczne elity. Jestem bowiem w tym względzie w najwyższym stopniu nieufny.
Pamiętam, jak kilka lat temu w „The Economist" ukazał się w cyklu europejskich komentarzy „Bagehota" tekst, wyjaśniający, jak powstają kolejne europejskie projekty. Elita unijnego establishmentu coś sobie wymyśla, rządy tę koncepcję jakoś tam przerabiają, obywatele odrzucają w referendum albo pośrednio przez Parlament Europejski, ale unijna elita się nie zraża. Nie tak, to inaczej. Tu się zmieni brzmienie, tu się coś zrewiduje, coś przekształci i znowu. I w końcu koncepcja zostaje łyknięta.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)