„Skrajnie niesprawiedliwy, wręcz haniebny" - tak zrecenzował w Dublinie prezydent Lech Kaczyński tekst o Polsce, który ukazał się w najnowszym wydaniu brytyjskiego tygodnika „The Economist", bodaj najbardziej prestiżowego i poważanego międzynarodowego magazynu polityczno-ekonomicznego.
Co takiego strasznego „The Economist" napisał, że zasłużył na wyrazy potępienia tak ciężkie, jakby chodziło o największą zbrodnię przeciwko ludzkości? Każdy może sobie przeczytać tutaj i bardzo do tego namawiam. Najlepiej wyrobić sobie własne zdanie.
Pamiętam Survey on Poland, który ukazał się w „The Economist" chyba z 10 miesięcy temu. Raport odcinał się bardzo wyraźnie od histerycznego tonu, w jaki wpadała już wówczas część europejskiej prasy, zwłaszcza niemieckiej. Był wyważony i rozsądny, można było nawet powiedzieć, że zawierał dużą dawkę optymizmu.
Tekst „Turning the loose screw" jest bardziej krytyczny, ale oddaje sprawiedliwość rządowi w niektórych sprawach. Zwraca uwagę na absurdalność porównywania Jarosława Kaczyńskiego do Putina. W innych kwestiach natomiast jest bezlitosny - o polityce zagranicznej tego rządu „The Economist" pisze: „Farce is mixed with tragedy". I podsumowuje gabinet Jarosława Kaczyńskiego (podkreślam: gabinet, nie są to słowa odnoszące się do konkretnej osoby): „Vengeful, paranoid, addicted to crises, divided and mostly incompetent".
Czy to wszystko jednak powód, żeby prezydent Rzeczpospolitej używał słów z najwyższego pułapu emocjonalnego zaangażowania? I w ogóle żeby recenzował jakiś tekst w jednym z tygodników, choćby tak szacownym, jak „The Economist"? Na dodatek nawet nie tekst czołówkowy, ale umieszczony wewnątrz działu „Europa".
Jakby tego było mało, w wypowiedzi prezydenta od razu pojawiły się znajome akcenty - próby wyjaśniania nieprzychylnego tonu artykułu jakimś spiskiem, układem. „Ci ludzie, którzy inspirują coś takiego, działają przeciwko Polsce, działają świadomie, bo ich Polska nic nie obchodzi" - oznajmił prezydent. Jacy ludzie? Jak inspirują? Czy macki układu sięgają St. James's Street w Londynie, gdzie mieści się redakcja tygodnika?
Nie pojmuję, jak to możliwe, żeby Lech Kaczyński nie rozumiał, że rolą prezydenta nie jest odnoszenie się do tego czy innego tekstu prasowego. Że to nie ten poziom. Że używanie w przypadku tego - a pewnie i jakiegokolwiek innego - artykułu słów tego kalibru co „haniebny" wskazuje na pomylenie porządków, zatracenie proporcji i nieumiejętność panowania nad emocjami. Że doszukiwanie się w każdym niepochlebnym tekście w zagranicznej prasie jakichś tajemniczych inspiracji Układu może u międzynarodowej publiczności wywołać jedynie zaambarasowane uśmiechy? Czy naprawdę tak trudno nauczyć się elementarza dyplomacji i wysokiej polityki, który mówi m.in., że głowa państwa nie wdaje się w połajanki, pyskówki, nie recenzuje tekstów prasowych - że to jest poniżej jej poziomu?
Czy prezydent czytał tekst w „The Economist"? Zapewne nie, choćby dlatego, że nie zna angielskiego. Być może mieliśmy tu historię podobną do tej ze słynnym tekstem z „Die Tageszeitung", który został podsunięty prezydentowi przez jedną z jego bliskich współpracownic w formie odpowiednio spreparowanego, „podrasowanego" streszczenia, tak, żeby wywołać jak najgwałtowniejszą reakcję.
Tak czy owak, to nie tekst z „The Economist" jest żenujący. Żenująca jest reakcja prezydenta.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)