Pod moim wpisem o reakcji prezydenta Kaczyńskiego wpisał się Ludwik Tor. Ludwik Tor uważa, jeśli dobrze rozumiem, że wypowiedź Lecha Kaczyńskiego była wyrazem odzyskanej polskiej pewności siebie w stosunkach ze światem, zaś ci, którzy nawołują do umiarkowania, mają po prostu kompleksy.
Komentarz Ludwika Tora łączy się z innymi (choć nie wiem, jaka byłaby opinia Autora w tych przypadkach, mogę tylko zakładać, że podobna), pojawiającymi się zawsze, ilekroć zdarzało mi się skrytykować dzisiejszy kształt polskiej polityki zagranicznej. W skrócie - linia tych komentarzy jest taka, że pierwszy raz od dawna mamy politykę zagraniczną, robioną nie na kolanach, że szanowani są ci, którzy nie boją się głośno wyrażać swojego stanowiska, że dotąd politykę zagraniczną robili ludzie tak zakompleksieni, że bali się w czymkolwiek przeciwstawić mitycznej „Europie", a za jedno klepnięcie po plecach sprzedaliby własny kraj.
Daleki jestem od tego, żeby negować te spostrzeżenia. Dla mnie jednak symbolem miałkości nie jest, jak dla wielu, Bronisław Geremek, ale Aleksander Kwaśniewski. Kwaśniewski oczywiście umiał się znaleźć na salonach bez porównania lepiej niż Lech Kaczyński, ale nie szła za tym żadna substancja. Familiarne związki, jakie mógł mieć z głowami innych państw, zwłaszcza tych znaczących, sprawiały mu wyraźną przyjemność - tak dużą, że bał się je w jakikolwiek sposób naruszyć, sprzeciwiając się w jakiejkolwiek istotnej sprawie.
To samo dotyczyło wielu byłych ministrów spraw zagranicznych, choć stanowisko, że wszyscy przed Fotygą byli do chrzanu, a tylko ona jest wspaniała, uważam za niedorzeczne. Powtarzam swoją opinię (tu nie będę jej uzasadniał, bo czyniłem to w wielu poprzednich wpisach), że Anna Fotyga jest jednym z najgorszych, jeśli nie wprost najgorszym ministrem spraw zagranicznych po 1989 r., a wśród jej poprzedników byli też ludzie przyzwoici i dobrze służący Polsce.
Poczyniwszy te wszystkie zastrzeżenia, chcę przypomnieć, że kompleksy mogą się ujawniać na dwa sposoby. Jeden typ osobowości zakompleksionej to człowiek zahukany, nadmiernie układny, przepraszam, że żyję, we wszystkim ustępujący. Ale jest i drugi typ: nadmierne rozkrzyczenie, stawianie się przy każdej okazji i bez sensu, podtykanie każdemu pięści pod nos - byle pokryć odczuwany głęboko brak pewności siebie i przekonanie o własnej niższości.
Wielbiciele Anny Fotygi obecnego sposobu prowadzenia polityki zagranicznej trafnie identyfikują pierwszy typ zakompleksienia, ale wpadają w pułapkę drugiego typu. Typowe wahnięcie od skrajności do skrajności.
Jak działa człowiek bez kompleksów? Przede wszystkim nie czuje potrzeby, że komukolwiek cokolwiek udowadniać - ani tego, że jest układny i posłuszny, ani tego, że nikt tu nim pomiatał nie będzie. Wie, ile realnie może i postępuje zgodnie z tą wiedzą. Nie startuje do napakowanego mięśniaka, jeśli sam nim nie jest, a na mikrego chudzielca może huknąć.
W polityce zagranicznej dodatkowo liczy się przede wszystkim skuteczność. Wszelkie formy, jakie przybiera polityka zagraniczna, powinny być jej podporządkowane. Napawanie się własną stanowczością to zasadniczy błąd patrzenia. To tak, jakby się ktoś zachwycał zapachem i kolorem benzyny, jaką leje do baku. Zewnętrzna postawa ma być jedynie środkiem do celu. Gdy trzeba, można się postawić, gdy trzeba, można skapitulować albo zająć postawę ambiwalentną. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko środki, które należy dostosować do sytuacji. Jeżeli ktoś gra wyłącznie na jednym z tych instrumentów - jak to się działo w przeszłości i jak to się dzieje teraz, z tym, że były to dwa różne instrumenty - wiele nie wygra. Nie wygra też ten, kto pojmuje politykę zagraniczną przez pryzmat emocji - a mam wrażenie, że tak jest z wieloma zwolennikami metod pani Fotygi.
Wzory dobrej, przebiegłej i pozbawionej emocji polityki zagranicznej? Począwszy od zaleceń Makiawela, przez Richelieu i Metternicha, Talleyranda (być po stronie w sumie przegranej i zyskać tyle, ile Talleyrand wygrał dla restaurowanego królestwa Francji na Kongresie Wiedeńskim - czy udałoby mu się, gdyby jak pani Fotyga za główną dewizę miał twarde stawianie się każdemu?), po Bismarcka. Z polskich mężów stanu za mało docenia się trzeźwość Dmowskiego, za bardzo - płaską buńczuczność Becka.
Więcej realizmu, mniej emocji.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)