Wśród komentarzy pod tekstami w S24 przewijają się pewne stałe wątki, nie mające nic wspólnego z meritum sprawy, mające natomiast w ten czy inny sposób ustawiać autora.
Jeden z tych wątków pojawił się pod moim ostatnim wpisem. Wpis dotyczył proponowanego przez premiera rozwiązania problemu doliny Rospudy. Pomysł premiera pochwaliłem - i jako zręczne zagranie taktyczne, i jako słuszne rozwiązanie w ogóle.
Oczywiście część komentujących, reagujących automatycznie na nazwisko, a nie na treść tekstu, była uprzejma uznać, że kolejny raz Jarosława Kaczyńskiego atakuję. (Widocznie nawet czytać im się nie chciało.) I w tych wypowiedziach właśnie pojawiło się, kolejny już raz, stwierdzenie, że pisząc „przeciwko PiS" uczestniczę w jakimś zorganizowanym systemie, w jakimś mechanizmie platformowej propagandy, realizuję jakieś zamówienia czy coś podobnego. W tym tonie pisało kilka osób - jedni niby tylko coś tam sugerując, inni całkiem wprost.
Ten sposób myślenia i argumentacji jest jak bredzenie wariata w psychiatryku: choćby mu 1000 osób tłumaczyło, że nie jest Napoleonem, on i tak uzna, że to spisek wszystkich dookoła, żeby go pozbawić cesarstwa. Przed tymi bzdurnymi insynuacjami po prostu nie ma obrony.
Ale problem jest, więc zastanówmy się.
Po pierwsze - polaryzacja opinii jest dzisiaj bardzo silna. Grupa socjologów w niedawnej „Rzeczpospolitej" twierdziła wprawdzie, że to nie są jeszcze „dwie Polski", ale kiedy czytam komentarze pod tekstami w S24, myślę, że przynajmniej w Internecie są coraz bardziej. Liczba komentujących, których stać na zabieranie głosu o konkretnych problemach, a nie w zależności od nazwiska autora lub od tego, kogo autor chwali, a kogo gani, jest minimalna.
W polityce podział na dwa ostro się zwalczające obozy jest oczywisty, wśród komentatorów i innych postaci życia publicznego - także. A skoro tak, to każdy, zabierając głos w tej czy innej sprawie, musi się, siłą rzeczy, zapisać - choćby na chwilę - do tego czy innego obozu. Robienie z tego komukolwiek zarzutu jest niepoważne. Nie można mieć dziś w Polsce opinii niemal na żaden temat, która by nie była, choćby i bez wiedzy ją wyrażającego, opinią przypisaną jednemu lub drugiemu sztandarowi. To dla mnie i chyba każdej myślącej osoby oczywiste. Skoro więc za jakąś opinię autora spotyka potępienie, bo „dołączył do chóru" (jednego lub drugiego), to ja takiego zarzutu nie traktuję poważnie. Dla mnie jest to świadectwo tego, że ci, co go stawiają, nie umieją się pogodzić z faktem, że ktoś ma inne zdanie niż oni i próbują autora po prostu zdyskredytować.
Po drugie - jest faktem, że po obu stronach są obozy komentatorów, używających podobnych argumentów w podobnych momentach. Czy to jest dowód na spisek, układ, zamówienie, brak samodzielności? Bynajmniej.
Na początku mojego pobytu w S24 broniłem kolegów, oskarżonych przez raport Platformy o dyspozycyjność wobec PiS w mediach. Wyjaśnienia, jakie wtedy napisałem, są nadal w mocy. Znam i znałem ludzi, którzy się wtedy znaleźli pod pręgierzem (takich jak Piotr Semka czy Joanna Lichocka) i wiem, że nie robią niczego na zamówienie. Zawsze mieli takie, a nie inne poglądy. Jedyna zmiana jest taka, że dziś dostali większe możliwości, żeby je głosić (przedtem często nie mieli żadnych).
To samo odnoszę do drugiej strony. Jacek Żakowski, Janina Paradowska, Tomasz Lis nie wykonali żadnej wolty. Tyle że ponieważ opcja im bliższa przegrała, stali się agresywniejsi i ofensywniejsi. Czy to dowodzi istnienia jakiegoś spisku? Bynajmniej.
Skoro komentatorzy mają określone poglądy, to jasne jest, że będą oceniać rzeczywistość i działania polityków zgodnie z tymi poglądami. Jeśli te poglądy są spójne, to te oceny też stworzą spójną linię. Dla przykładu - jeśli ktoś ma liberalne poglądy na rolę państwa, to musi często krytykować obecną władzę. Nie dlatego, że jest w jakimś układzie, tylko dlatego, że tak wynika z jego poglądów w tej konkretnej dziedzinie.
Poza tym trzeba pamiętać, że żaden spisek nie jest potrzebny, żeby w różnych miejscach pojawiały się te same argumenty. Wystarczy, że ludzie o podobnych poglądach się spotykają, rozmawiają, czytają te same teksty i książki, wzmacniają się w przekonaniu, że to czy tamto jest słuszne, a tamto i owamto - niesłuszne. To wzmacnianie jest tym silniejsze w warunkach tak mocnej polaryzacji.
Po trzecie - to już kwestia zarzutów wobec mnie osobiście - oskarżanie mnie, że uczestniczę w jakimś antykaczym spisku jest idiotyczne. W dziennikarsko-komentatorskim obozie przeciwników obecnej władzy nie mam niemal wcale znajomych. Odwrotnie niż w obozie jej zwolenników. Dzienniki, które wydaje moje wydawnictwo, są oskarżane o sprzyjanie Braciom, a nie o ich zwalczanie.
Rzecz w tym, że należę do grupy, mającej, w moim odczuciu, szczególny mandat do krytyki obecnej władzy, czyli do grupy dawnych zwolenników radykalnej sanacji lub wręcz wyrzucenia III RP na śmietnik, dziś skrajnie rozczarowanych. Kilka dni temu wspominałem z goryczą z pewną koleżanką - pracującą zresztą w jednym z organów administracji prezydenckiej - ogromną nadzieję, jaką jakiś rok przed wyborami 2005 r. mieliśmy na pożegnanie z III RP i budowę całkiem nowej jakości. Pamiętam kilka moich felietonów, w których pytałem, czego mianowicie w tej III RP tak bardzo warto bronić. Pamiętam, jak wyobrażaliśmy sobie sprawne, nowoczesne i czyste państwo, jakie się uda zbudować.
Dziś razem z grupą bliskich znajomych - ludzi o poglądach w większości konserwatywno-liberalnych - możemy tylko z niedowierzaniem kręcić głową. Nic nie jest tak, jak chcieliśmy - i naprawdę nie ma to nic wspólnego z tym, czy premier byłby z Krakowa, Gorzowa czy z Pcimia. Chodzi o rozwiązania systemowe, o sposób sprawowania i utrzymania władzy, o polityczny koniunkturalizm, o codzienny teatr, o klasę ludzi, dopuszczanych do sprawowania władzy, o myślenie w kategoriach strategicznych, a nie doraźnych. Zresztą - wystarczy poczytać mój blog. To, co się w nim pojawia, to w ogromnej części żale, wynikające z zawiedzionej nadziei.
Jeśli zatem na ogół jestem wobec Braci krytyczny, to nie dlatego, że taka jest moja rola w jakimś mechanizmie walki z władzą. To dlatego, że oceniam poszczególne sprawy z punktu widzenia moich poglądów i dawnych, a zawiedzionych oczekiwań i - niestety, wychodzi, jak wychodzi.
Zarzucanie oponentowi, że bierze udział w jakimś spisku, uważam za kolejny dość prymitywny chwyt erystyczny, pozwalający nie zajmować się argumentami.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)