Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny dostało „Życie na podsłuchu". Znakomita decyzja.
„Życie na podsłuchu" widziałem kilkanaście dni temu. Uderzyły mnie natychmiast dwie sprawy. Pierwsza - to łatwość, z jaką w Niemczech na początku lat 90. człowiek niegdyś inwigilowany przez STASI mógł obejrzeć wszystkie swoje akta i poznać nazwisko esbeka, który się nim zajmował. U nas wtedy niektórzy nawoływali, żeby akta bezpieki zamurować na 50 lat. Druga - to sam fakt, że taki film zrobili Niemcy, a nie my.
Film jest ponury (choć ma jasne zakończenie), trochę duszny, znakomicie zagrany. Zachęcam do obejrzenia.
Zastanawiam się jednak, czemu na nic podobnego nie było dotąd stać naszych filmowców. Jeśli myślimy serio o polityce historycznej, o zrobieniu z naszej przeszłości atutu w inteligentny sposób, o przypominaniu, jakie znaczenie miało to, co się działo w Polsce, to właśnie przegraliśmy kolejną bitwę. (Pierwszą, najbardziej znaczącą, także przegraną, było utrwalenie w powszechnej świadomości upadku Muru Berlińskiego jako końca komunizmu.) Wszyscy, którzy interesowali się tegorocznymi Oscarami, nie tylko w Stanach, zakonotowali sobie właśnie, że film o esbeckiej (używam tego słowa w sensie uniwersalnym) maszynie zrobili Niemcy. Że to u nich istniała opozycja, inwigilowana i prześladowana. A Polska? To oni też mieli jakąś opozycję? No tak - pomyśli ktoś bardziej obeznany filmowo - była ta analfabetka w stoczni, o której film zrobił Schlendorff.
Być może się mylę i proszę mnie poprawić, jeśli tak jest, ale wydaje mi się, że od 1989 roku nie powstał żaden film w typie „Życia na podsłuchu", czyli mówiący o metodach pracy SB i o tym, jak ludzie się im przeciwstawiali. Owszem, były kiedyś „Przesłuchanie" (najsłynniejszy bodaj półkownik), „Człowiek z żelaza", były potem „Cwał" czy „Śmierć jak kromka chleba" albo „Prymas", ale to przecież jednak co innego.
Ale to nie mój jedyny żal do filmowców, którzy potrafią za to produkować taśmowo tandetne komedyjki z Zakościelnym i Grochowską. Bo jeżeli tematy współczesne są za trudne, to czemu nie mamy wciąż filmów opowiadających o historii trochę dalszej, a jak fascynującej? Czemu ekranizacji nie doczekały się niesamowicie pogmatwane i fascynujące losy rotmistrza Witolda Pileckiego, szczególnie mi bliskiego, bo mieszkam przy ulicy noszącej jego imię? Na razie mieliśmy jedynie znakomity teatr telewizji, mówiący o śledztwie, jakiemu był poddawany, i o jego procesie.
Gdzie film o polskiej Macie Hari, Krystynie Skarbek, w pewnym okresie towarzyszce Iana Fleminga, twórcy Jamesa Bonda? Przecież jej, nie do końca opisany życiorys, to gotowy scenariusz na świetny film sensacyjny. Gdzie sensacyjna fabuła, osnuta wokół zamachu na gen. Sikorskiego i wszystkich wiążących się z tym intryg? Albo wreszcie - gdzie film, pokazujący uczciwie Powstanie Warszawskie?
Jedyny obraz w tym typie, jaki potrafię sobie przypomnieć, to bardzo dobry serial „Pogranicze w ogniu" Andrzeja Konica (zresztą swego czasu reżysera niektórych odcinków „Stawki większej niż życie"), ze znakomitymi rolami Cezarego Pazury (jeszcze nie zmanierowanego) i Olafa Lubaszenki, opowiadający o walce doskonałego wywiadu polskiego z niemieckim w 20-leciu międzywojennym. Tyle że „Pogranicze..." powstało na początku lat 90. Od tego czasu - cisza.
Zresztą „Pogranicza..." dawno już telewizja nie pokazywała, a ja nie jestem w stanie nigdzie znaleźć wersji na DVD. Pewnie jej nie wydano.
***
Tymczasem ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski wydał swoją książkę. Konsekwencją i uporem, a zarazem pokorą ks. Tadeusz zyskał mój olbrzymi szacunek. Presja, jakiej był poddany przez ostatnich kilkanaście miesięcy, złamałaby pewnie niejedną osobę, nie mającą za sobą nawet połowy tego, co przeżył ks. Tadeusz w czasach Peerelu.
Z książki ks. Tadeusza cieszę się przede wszystkim nie dlatego, że opisano w niej przypadki współpracy duchownych z bezpieką, ale dlatego, że większość zajmują przypadki tych księży, którzy złamać się nie dali. Obraz, budzący nadzieję, pokazujący zwykły, codzienny, spokojny heroizm stawiania oporu, a przede wszystkim zadający kłam tym, którzy twierdzą, że nie można było nie dać się złamać i że „wszyscy byli jakoś umoczeni".
Czy do książki ks. Tadeusza nie można sięgnąć także w poszukiwaniu tematu na film?
Jeszcze dwie czy trzy komedie romantyczne, obsadzone obficie aktorami z telenowel, i żadnego filmu na miarę „Życia na podsłuchu", a stanie się dla mnie jasne, że polscy filmowcy uciekają tchórzliwie od zbyt trudnego dla siebie tematu.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)