Nie wiem, ilu z Państwa kojarzy Walliego Olinsa. To międzynarodowy guru w dziedzinie kreowania wizerunku, autor kampanii, promujących całe kraje i kilku książek, mających status Biblii w środowisku ludzi zajmujących się PR-em. Olins był bodaj autorem m.in. loga Portugalii, pojawiającego się we wszystkich reklamach tego kraju.
Otóż kilka lat temu powstał szum, gdy ów słynny Olins został zaangażowany w tworzenie brandu Polski. Znalazłem w archiwum „Rzeczpospolitej" wzmiankę o tym sprzed niemal dokładnie dwóch lat. Czytamy tam m.in.:
Na początku grudnia 2004 r. Wally Olins, światowy ekspert ds. marketingu narodowego, przedstawił efekty ponadrocznych prac nad pierwszym etapem projektu "Marka dla Polski" oraz ideą przewodnią dla tego programu określoną roboczo jako "twórcze napięcie". Przedstawiciele rządu zapowiadali wtedy, że wkrótce ruszą prace nad kolejnym etapem projektu. Nie ruszyły, bo najpierw wyniki pierwszego etapu powinien przyjąć rząd, jeśli to zarekomenduje Rada Promocji Polski pod przewodnictwem ministra spraw zagranicznych.
Od tamtego czasu, gdy o Olinsie było przez moment głośno, przypominałem sobie o jego pracach i coraz bardziej byłem ciekaw, co się dzieje z tym obiecującym projektem.
Aż kilka dni temu spotkałem osobę, która widziała się niedawno z Olinsem. Olins podobno bardzo narzekał, że z nikim nie pracowało mu się tak źle jak z Polakami. „Tam nikt z nikim nie może się zgodzić nawet w najprostszych sprawach" - miał sarkać. Dziś Olins pewnie nie wiedziałby nawet, z kim właściwie gadać w PAIIZ-ie. W rezultacie polskiego brandu i logo jak nie było, tak nie ma. Dobrze, że jest chociaż w miarę chyba udana kampania reklamowa w CNN.
Inny z kolei znajomy, Anglik, jest gorącym zwolennikiem pewnej idei związanej z edukacją i bardzo chciałby ją w Polsce przeprowadzić. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale proszę mi wierzyć, że nie jest to nic kontrowersyjnego i znalazłoby potencjalnych zwolenników po obu stronach politycznej barykady.
Otóż pewna urzędniczka wysokiego szczebla z odpowiedniego ministerstwa, z którą tę sprawę omawiał, wyznała mu całkiem szczerze, że owszem, resort mógłby poprzeć krótkoterminowy projekt. „Ale to jest z zasady projekt długoterminowy!" - zaoponował znajomy. „A, to nie, my możemy myśleć tylko w krótkim terminie" - wyjaśniła bez mrugnięcia okiem urzędniczka.
I kolejna anegdota. Znajoma Brytyjka spotkała w Warszawie swoją z kolei znajomą, także Brytyjkę, której nie było w Polsce przez tydzień. I ta znajoma, gdy przyjechała, rzuciła się na gazety, po czym podekscytowana dzwoni do mojej znajomej i pyta: „Czy będą nowe wybory?!". Moja znajoma opowiadała mi tę anegdotę, śmiejąc się z podniety, jakiej jej koleżance dostarczyły nasze media. „Przecież - wyjaśniła mi - gdyby na serio traktować każdą aferę, to nowe wybory mogłyby być co drugi tydzień". Ona już dawno przestała się ekscytować. No tak, ale ona jest już w Polsce ponad dwa lata, przyzwyczaiła się.
Gdyby Estończycy myśleli w kategoriach takich jak polski świat polityczny, nigdy nie podjęliby strategicznej decyzji, żeby przyszłość swojego państwa oprzeć na nowoczesnych technologiach i informatyzacji, bo zawsze znalazłoby się tysiąc bieżących problemów i polityczny przeciwnik, którego trzeba w danym momencie wkopać w ziemię, choćby kosztem jakichś długoterminowych rozwiązań. I może dlatego Estonia wygląda tak, jak wygląda, a u nas „strategia polityczna" oznacza w najlepszym przypadku myślenie na rok naprzód. I to tylko w przypadku niezwykłych wizjonerów.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)