Wygląda na to, że spotkanie prezydenta z Angelą Merkel w Juracie może być początkiem nowego otwarcia w stosunkach polsko-niemieckich. Czy może raczej - mogło przepchnąć zatkane kanały komunikacyjne. Pomysł kameralnego spotkania w prezydenckim ośrodku był znakomity, bo w przypadku zwłaszcza Lecha Kaczyńskiego osobiste kontakty mają ogromne znaczenie.
Prezydent brzmiał rozsądnie - nie wątpię, że duża w tym zasługa Marka Cichockiego (bo nie Anny Fotygi, szczęśliwie zmarginalizowanej w kwestiach Deklaracji i prac nad traktatem konstytucyjnym), który zajmował się także negocjowaniem tekstu Deklaracji Berlińskiej. Przynajmniej w warstwie werbalnej sprawy wyglądają nieźle, a to już wiele, bo mam wrażenie, że to właśnie w tej sferze nieraz leżały źródła wcześniejszych problemów.
Oczywiście to tylko początek. Ale odpowiednia, lepsza atmosfera to w naszej sytuacji bardzo wiele. Jeżeli ona taka pozostanie, to będzie duży sukces obu stron.
Brałem niedawno udział w debacie z niemieckimi korespondentami w Polsce. Któryś z nich powiedział bardzo słusznie, że tak jak do pojednania niemiecko-francuskiego mogli doprowadzić tylko politycy tacy jak de Gaulle i Adenauer, tak dzisiaj do pełnego pojednania polsko-niemieckiego może dojść tylko za rządów polityków z „narodowego" skrzydła. Oczywiście, obie strony muszą tego pojednania chcieć.
Zastanawiam się natomiast przy tej okazji nad charakterologicznymi, może psychologicznymi przyczynami polsko-niemieckich rozdźwięków.
Jeden z „niebieskich" blogerów zwrócił bardzo słusznie uwagę na to, że podczas swojego wykładu na UW Angela Merkel odwoływała się do skompromitowanego współpracą z SB Andrzeja Szczypiorskiego, przez lata kreowanego na jeden z naczelnych autorytetów w stosunkach Polski z Niemcami. I to faktycznie pokazuje, że wielu niemieckich polityków czy komentatorów nie jest wciąż w stanie wyjść poza krąg raz ustalonych „polskich przyjaciół" z pierwszej połowy lat 90. Ci przyjaciele uważali wówczas, że porozumienie nie może się opierać na mówieniu sobie trudnych rzeczy, że należy je raczej zmieść pod dywan. Może to i była dobra taktyka na krótką metę, ale ona się właśnie teraz mści. Sytuacja polityczna się diametralnie zmieniła, dawni „polscy przyjaciele" stracili niemal całkowicie znaczenie, a tymczasem wciąż pozostają dla swych niemieckich kolegów punktem odniesienia. Skutkiem jest dysonans między ich opiniami a tym, co się naprawdę w Polsce dzieje. Problem z niemieckimi politykami, a może znacznie bardziej z publicystami i intelektualistami (bo politycy muszą być jednak pragmatyczni) jest taki, że nie próbują wyjść poza ten dawny krąg. Że nie starają się poznać argumentów innej strony politycznego sporu w Polsce, zadowalając się kilkoma frazesami o antydemokratycznych rządach, prześladowaniach homoseksualistów itp.
Przypominam sobie także wyjazd, może dwa lata temu, z grupą dziennikarzy z najważniejszych niemieckich gazet nad polską wschodnią granicę. W ciągu dwóch dni mieliśmy rozmawiać m.in. o stosunkach polsko-niemieckich.
Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie mur niezrozumienia, na jaki się w pewnym momencie natknęliśmy z Piotrem Semką, również tam obecnym. Mur wyrósł, gdy rozmawialiśmy o sprawie gazociągu bałtyckiego i sięgnęliśmy po historyczne analogie, wspominając, że wielu Polaków ma w tej sytuacji skojarzenie z paktem Ribbentrop-Mołotow. Niemcy nie byli w stanie zrozumieć, dlaczego sięgamy po jakieś odniesienia sprzed ponad 60 lat. Zaczęli mówić, że przecież dziś razem jesteśmy w Unii, że musimy patrzeć w przyszłość, że sięganie do przeszłości szkodzi.
Z kolei podczas pobytu w Berlinie kilka lat temu zwróciłem uwagę mojej niemieckiej koleżance, że całkowite rozebranie Muru Berlińskiego było nierozsądne. Że jakiś odcinek należało zostawić, zrobić tam państwowe muzeum, upamiętnić ofiary. Moja znajoma obruszyła się (po polsku, bo mieszkała w Polsce od dobrych kilku lat): „Po co? Przecież to nie jest dobre wspomnienie".
Niemcy uciekają od swojej najnowszej historii i trudno im się dziwić. Zostali nauczeni, żeby się do niej odnosić z nieufnością. Ale to sprawia, że trudno im często zrozumieć sposób myślenia narodu, który z kolei w historii tkwi po uszy, często pewnie nawet za bardzo. Mam wrażenie, że tu przechodzi linia wielu nieporozumień.


Komentarze
Pokaż komentarze (80)