Gdy dostałem zaproszenie na briefing polskich „szerpów" w MSZ-owskim „szpiegowcu", byłem zaskoczony. Owszem, spotkania z dziennikarzami, on- i off the record odbywały się nieraz, ale z całą pewnością nie od kiedy MSZ został odzyskany przez postawienie na jego czele minister Fotygi (zwanej przez MSZ-owski staff pieszczotliwie „ciotką").
Od miesięcy słyszę, że opinia publiczna nie wie, co rząd zamierza w sprawie traktatu robić. Nie bardzo zatem rozumiem, dlaczego na briefingu pojawiło się jedynie sześcioro dziennikarzy, choć - o ile wiem - zaproszono ich więcej.
Od Marka Cichockiego i Ewy Ośnieckiej-Tameckiej, sekretarza KIE, usłyszeliśmy to, na co wiele osób od dawna czekało, czyli jaka jest nasza strategia prac nad traktatem konstytucyjnym do zakończenia niemieckiej prezydencji. Wreszcie, zamiast ogólnikowego bełkotu szefowej MSZ, mogłem posłuchać kompetentnych ludzi, z jasnym i wyraźnym planem działania. Z zaprezentowaną taktyką można się oczywiście nie godzić, ale przynajmniej wiadomo w końcu oficjalnie, jaka ona jest.
Mówiąc w skrócie. Prezydencja niemiecka chce do końca swojej kadencji opracować „mapę drogową" dalszych prac nad traktatem, tak żeby (tego chcieliby Niemcy, ale zapis w Deklaracji Berlińskiej jest mocno mgławicowy, celowo oczywiście) prace nad traktatem mogły się zakończyć do 2009 r. i przypadających wtedy wyborów do Parlamentu Europejskiego. W tej mapie drogowej Polska chce przede wszystkim umieszczenia jednego punktu: kwestii sposobu liczenia głosów w Radzie Unii Europejskiej. Problem w tym, że nie mówi o tym dzisiaj w zasadzie nikt poza nami. Gdyby w „mapie" ta sprawa się nie znalazła, nicejski, korzystny dla nas sposób głosowania zastąpiłby bez dyskusji ten umieszczony w projekcie traktatu. Z silnej pozycji wylądowalibyśmy na pozycji wprost słabej.
Na razie prace nad „mapą" idą wolno: wszyscy czekają przede wszystkim na wynik wyborów prezydenckich we Francji. Po nich rzeczy powinny przyspieszyć.
„Szerpowie" zapowiadają, że na sprawie głosowania zależy nam bardzo - a mamy własną propozycję - wobec czego w ostateczności możemy użyć nawet - jak to nazwali - „środków ostatecznych". Czyli, mówiąc po ludzku, zablokować uchwalenie dokumentu.
Ale to raczej mało prawdopodobne. Obserwując uważnie mapę interesów, jaka coraz wyraźniej będzie się rysować w miarę upływu czasu, zamierzamy skonstruować układ poparcia dla naszego postulatu, wspierając innych w ich dezyderatach. Czyli - klasyczna gra dyplomatyczna. (Miło było usłyszeć ludzi, którzy wreszcie mówią językiem normalnej dyplomacji gry interesów, a nie zapowiadają jedynie walenia pięścią w stół.)
Nasza propozycja opiera się, podobnie jak system zawarty w projekcie traktatu, na koncepcji podwójnej większości, z tym że siła populacji jest w niej wyznaczana nie wprost, ale poprzez pierwiastek. Dzięki tej zasadzie gradacja siły głosów poszczególnych państw jest dużo mniej stroma. Ta metoda - jak podkreślała min. Ośniecka - nie jest naszym wynalazkiem. Pierwszy raz pojawiła się już przy okazji negocjacji nad Traktatem Amsterdamskim.
W innych sprawach, zbieranych w „mapie drogowej", mamy być elastyczni. Dotyczy to np. kwestii unijnego ministra spraw zagranicznych czy może raczej koordynatora, zwanego ministrem.
To nie jest plan idealny, gwarancji powodzenia nie ma, ale ludzie, którzy za tę kwestię odpowiadają, są kompetentni, rzeczowi i znają się na tym, co robią.
Mam nadzieję, że nie był to ostatni tego typu briefing, nawet jeśli nie wszystko będzie można wkrótce powiedzieć, skoro prace nad „mapą" mają trwać w gabinetach. Być może mógł się odbyć dzięki temu, że minister Fotyga poszła na urlop. Być może dlatego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej" wypowiedział się wiceminister Witold Waszczykowski, który - gdyby min. Fotyga była na miejscu - musiałby pewnie dostać od niej pisemną zgodę na rozmowę z gazetą, co trwałoby jedynie pięć dni.
Minister Fotyga jest znakomitym ministrem spraw zagranicznych. Zwłaszcza na urlopie.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)