456 obserwujących
693 notki
3912k odsłon
6504 odsłony

O panu W., logice i etyce

Wykop Skomentuj56

 Czy jest sens pisać o dziwacznej przygodzie Jakuba Wojewódzkiego (nie będę zinfantylniałego 50-latka nazywał Kubą, nie umiem się zmusić)? Wszak to najklasyczniejszy zapychacz mediów. A jednak trudno mi się powstrzymać, bo i w takich przypadkach objawiają się czasem interesujące wątki.

Dlaczego „dziwaczna przygoda”? Bo całość jakoś mi się nie składa do kupy. Gdyby ktoś w podobny sposób zaatakował mnie, z punktu wezwałbym policję, a nie – oblany jakąś tajemniczą substancją – jechał do domu, dopiero potem do szpitala, a policję zawiadamiał po paru godzinach. Ale przyjmijmy na rzecz tej dyskusji, że atak faktycznie miał miejsce i nie był ustawką. Warto się zastanowić nad tym, co potem nastąpiło oraz nad komentarzami i reakcjami na nie.

Sam Wojewódzki natychmiast ogłosił i uznał za oczywiste, że atakującym kierowały ideowe pobudki. Że był to po prostu jakiś „pisowski faszysta” (tych słów nie użył, ale zrobili to za niego niektórzy jego kibice). Stwierdził to podobno na podstawie okrzyków, które tamten kierował pod jego adresem. Tych okrzyków nikt inny poza Wojewódzkim jednak nie słyszał. Nie mamy zatem cienia obiektywnego dowodu na takie twierdzenie, które mimo to zostało natychmiast przyjęte przez wszystkich wielbicieli pana W. za pewnik. A przecież możliwości jest wiele. Mógł to być zwykły, regularny wariat, czyhający po prostu na kogoś znanego. Mógł to być anarchista (warto przypomnieć, że to właśnie anarchiści zdemolowali fasadę restauracji Piotra Najsztuba; anarchiści, a więc skrajni lewacy, a nie prawicowi bojówkarze, jak nakręcają się już niektórzy) lub przedstawiciel jednej z wielu grup, które pan W. regularnie w swoich programach obrażał – ot, choćby Ukrainiec, stający w obronie ukraińskich kobiet. Tego po prostu nie wiemy, zatem pewna staranność myślowa nakazywałaby się powstrzymać od ocen do momentu, gdy ta wiedza zostanie nam dana.

Tak się jednak oczywiście nie stało, bo – co było arcyproste do przewidzenia – zwolennicy pana W. (mówiąc w skrócie: antypisowcy, lemingi, wielbiciele istniejącego porządku, MWzDM) natychmiast przyjęli postawę zgodną z podziałem, który każe każdą sprawę i wydarzenie uważać albo za nasze, albo nie nasze. Druga strona zareagowała według podobnego schematu.

Muszę przyznać, że wzruszyła mnie liczba ludzi, którzy popisali się niespodziewanie niezwykłymi zasobami empatii, gromiąc każdego, kto niedostatecznie litował się nad losem pana Jakuba. Traf chciał, że ci sami ludzie nie byli szczególnie przejęci, gdy Stefan Niesiołowski napadł na Ewę Stankiewicz (ta sytuacja jest chyba co do okoliczności najbliższa napadowi na Wojewódzkiego, o ile przyjmiemy założenie, że jego przyczyny były faktycznie ideowe), a po zabójstwie Marka Rosiaka gotowi byli twierdzić, że wina leży właściwie po stronie PiS. Ale to także nic zaskakującego. Zimna plemienna wojna, która trwa w Polsce, rezerwuje współczucie i empatię tylko dla swoich. I to po obu stronach.

Co zatem było interesujące? Okazało się, że ludzie mają gigantyczne problemy z logicznym rozumowaniem. Nie są w stanie pojąć konsekwencji wystawianych przez siebie ocen, nie potrafią zrozumieć, dlaczego ich rozumowanie jest od podstawy fałszywe, nie odróżniają naczelnych pojęć i kategorii. Oczywiście u podstawy takiej sytuacji leży wspomniana plemienność. Pewnych rzeczy nawet nie starają się pojąć, bo to się nie mieści w dogmatach ich plemienia. Ale czasem – takie odnoszę wrażenie – autentycznie nie potrafią zrozumieć, co się do nich mówi.

Kluczowe jest rozróżnienie dwóch kwestii kompletnie oddzielnych i pochodzących z różnych porządków. Pierwsza to zrozumienie przyczyn i ich ocena. Druga to etyczna ocena zachowania. Pierwsza sprawa pochodzi z porządku logicznego i socjologicznego. Druga z etycznego. Pierwsza jest etycznie neutralna. Jedno z podstawowych twierdzeń logiki „jeżeli A, to B” (implikacja) nie ma zabarwienia etycznego. Jak zresztą którekolwiek z twierdzeń logicznych.

Tu się zatrzymajmy. Oburzone chóry piały ze zgrozy, wstrząśnięte moim tweetem „Kto sieje wiatr, zbiera burzę”. Również „Gazeta Wyborcza” uczyniła z niego dowód na to, że cieszyłem się z przygody pana Jakuba. To oczywista bzdura. Wspomniane powiedzenie („Ci bowiem, co wiatr sieją, będą też zbierać burzę”) pochodzi ze Starego Testamentu, z Księgi Ozeasza, żydowskiego proroka z VIII w. przed Chrystusem, i ma walor ostrzegawczy. Ozeasz odnosi się do bałwochwalczego kultu, jakim lud Izraela zaczął otaczać złotego cielca, zamiast oddawać chwałę Bogu. Ostrzeżenie polega jednak jedynie na wskazaniu związku przyczynowo-skutkowego, samo w sobie nie zawiera oceny: drobne naruszenie norm (dla własnej korzyści) może się z czasem obrócić w znacznie potężniejszej postaci przeciwko inicjatorowi tegoż. Jeżeli A, to B. Jeżeli dotkniesz rozgrzanej patelni, oparzysz się. Brak tu etycznej oceny.

Wykop Skomentuj56
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale