Olsztyńska seksafera pokazuje rąbek tajemnicy skrzętnie skrywanej w wielu zakątkach naszego kraju. Kto choć raz gościł w małych miasteczkach i gminach, doskonale wie że obowiązuje tam zasada „bójta się wójta”.
Powiązania starostów, wójtów, burmistrzów, prezydentów, radnych, policjantów, prokuratorów i miejscowych biznesmenów w wielu miejscach oplotły polskie miasta i wsie. Im mniejsza miejscowość tym słabsza pozycja mieszkańców, którzy nie ryzykują starcia (i trudno im się dziwić).
Nie raz w dziennikarskiej pracy spotykałem się z tym, że prokurator przekazywał sprawę np. dotyczącą miejscowego starosty innej prokuraturze - by nie budzić podejrzeń o stronniczość. A że jeszcze niedawno szefował prokuraturze do której przekazał właśnie sprawę i że będą ją oceniać jego byli podwładni - no to już trudno...
Było też i tak, że gdy już jeden z odważnych mieszkańców Chełmna ujawnił, iż lokalny szef sanepidu próbował wymusić darmowe pijaństwo w jednym z barów wymachując służbową legitymacją i grożąc kontrolami - szef sanepidu dostał „upomnienie” od przełożonych. Doceniłem wtedy zmowę milczenia restauratorów, którzy - mądrzej, niż ja – zakładali, że lepiej się nie buntować, bo wtedy im dopiero się dostanie.
W dodatku w małych miejscowościach samorządowcy zarabiają gigantyczne pieniądze (wójt 8-tysięcznej gminy odbiera 10 tysięcy złotych wypłaty!!!). To też ma wpływ na tkanie się sieci nietykalnych, bogatych i rządzących.
Jeśli PiS miał ambitny plan zwalczania układów, powinien zabrać się za pracę u podstaw - na polskiej prowincji. A nie od Warszawy. Miałby szansę przekonać ludzi, że rzeczywiście jakaś władza chce poprawić ich los.
PO – jako zwolennik powiększania władzy samorządów – rozwijając kompetencję lokalnych władz nie wprowadzając za razem żadnych instrumentów kontroli z pewnością takie patologie będzie pogłębiać.
Ale co tam małe miasta i wsie... liczą się głosy w wyborach - więc wystarczy dbać o metropolie
Inne tematy w dziale Polityka