Niniejszy wpis dedykuję tzw. komisji Palikota
Chciałem opowiedzieć o tym, jak łatwo i przyjaźnie jest w Polsce obywatelowi, który kupił w UE używany motocykl i chce nim jeździć po polskich drogach.
1. Trzeba najpierw przetłumaczyć dokumenty - 200 zł
2. Udać się na przegląd techniczny (bo pewnie stacje diagnostyczne w Niemczech czy we Włoszech są dużo gorsze, niż nasze?) - 116 zł
3. Gdy pechowo okaże się, że motocykl posiada jedynie numer wybity na ramie (figurujący w dokumentach i za granicą zupełnie wystarczający), otrzyma się w stacji diagnostycznej kwit - że pojazd przeszedł przegląd, ale nie spełnia wymogów jakiejśtam ustawy.
4. Trzeba zatem opuścić stację diagnostyczną i pobiec do wydziału komunikacji, poprosić o skierowanie na stację diagnostyczną "celem wykonania tabliczki znamionowej" - 10 zł
5. Potem trzeba wrócić na stację diagnostyczną, gdzie zrobią nam tabliczkę z numerem wybitym już na ramie i umieszczą ją.... na ramie - 35 zł
6. Trzeba jeszcze pobiec do innego urzędu - skarbowego. Tam, choć nigdy nie było się płatnikiem VAT, należy złożyć podanie o zaświadczenie, że nie jest się płatnikiem VAT (VAT 25). Przy tym trzeba zostawić w US komplet dokumentów: oryginały zagraniczne, tłumaczenia, badania techniczne - 160 zł (oczywiście nie można tego zapłacić w US, więc czeka nas kolejna wycieczka np. na pocztę)
7. Gdy urząd skarbowy wyda nam decyzję (a ma na to 7 dni), można iść do wydziału komunikacji starostwa powiatowego. Tam już dokona się rejestracji - ponad 100 zł
8. Oczywiście najpierw dostaniemy tymczasowy dowód rejestracyjny, który trzeba wymienić na normalny. Czyli jeszcze jedna wizyta w urzędzie komunikacji.
Łatwo? Przyjaźnie? Tanio?
PS. Każdy, kto widział, jak rejestruje się np. pojazdy w Niemczech, wie jak powinno być.
Inne tematy w dziale Polityka