0 obserwujących
176 notek
127k odsłon
  163   0

Mój sekret odporności na magię Słońca Peru

Wielu ludzi w ostatnich latach pisze,dlaczego przestali popierać PO. To może ja napiszę dlaczego nigdy tej partii nie uwierzyłem.

 

Po pierwsze nigdy nie kwalifikowałem się do kategorii „młody, wykształcony, z wielkiego miasta”. Ja byłem raczej młody, wykształcony, z zadupia nad Bugiem. No, może nie tak dosłownie nad Bugiem, ale wiecie, o co mi chodzi. Już będąc na studiach dostałem od życia parę solidnych kopniaków w dupę. Studiowałem informatykę, która mnie interesowała. Ale miałem pecha mieć rodziców odnoszących się do komputerów z daleko idącą rezerwą i rodzeństwo przekonane,że oni mają większe prawo grać niż ja robić ćwiczenia na języki programowania. Łatwo jest powiedzieć,że powinienem walczyć o swoje. Gdybyście wiedzieli, jak to wtedy wyglądało, to byście mieli jakieś pojęcie, dlaczego wolałem się zamknąć i nie mówić nic. Studiowanie na jakiejkolwiek renomowanej uczelni było daleko poza moimi możliwościami finansowymi. Kredyt studencki był mało realny z powodów, których nie opisuje się w Necie. Wiedziałem,że nie mam wielkich szans na pracę w zawodzie. Ale mimo wszystko wierzyłem,że jakoś się z tego wygrzebię.

 

To były jednocześnie wspaniałe i tragiczne czasy. Widziałem, jak szanse wymykają mi się z rąk. Profesor od języków programowania nawet zaproponował mi udział w konkursie programistycznym Microsoftu. Musiałem odmówić. Wiedziałem,że nie mogąc poświęcać komputerowi tyle czasu, ile bym chciał, nie mam żadnych szans. Potem był staż, który miał głównie tę zaletę, że w ogóle był. W mieście ok 50-70 tys. ludzi niedaleko wschodniej granicy nie ma za wielu stażów dla informatyków.

 

Po przejściowym pobycie w UK, który dał mi przynajmniej praktyczną znajomość angielskiego, wróciłem do Polski. Od tamtej pory niemalże ani razu nie udało mi się znaleźć pracy w moim zawodzie wyuczonym. Z różnych powodów, ale generalnie po prostu nie miałem okazji zdobyć na stażu kwalifikacji, które realnie by mi pomogły. Moja praca z informatyką nie ma nic wspólnego. Ale tak właśnie wygląda życie większości ludzi w tym kraju.

 

Staliście kiedyś na moście z myślą, że może by tak po prostu skoczyć i raz na zawsze wszystko się skończy? Nie? No to mnie nie zrozumiecie, bo ja tak miałem bardzo wiele razy w życiu. Uratowało mnie tylko to, kim jestem. Katolikiem. Tylko dlatego żyję - ponieważ jako katolikowi nie wolno mi się zabić. I to jest stwierdzenie śmiertelnie poważne.

 

Ilekroć podejmowałem w życiu ryzyko, zawsze źle na tym wychodziłem. Ilekroć stawiałem na to,że wszystko jakoś się ułoży - los dawał mi kopa w rzyć. Jednocześnie jednak jakoś mi się udawało wychodzić na zero, albo przynajmniej niewiele poniżej zera. Ale ciągłe przeskakiwanie przez kłody rzucane mi pod nogi przez los zrobiło ze mnie cynika. A internet - w którym debiutowałem gdy o moderatorach nikt nawet nie słyszał, a for było może trzy na całą Polskę - zrobił ze mnie cynika, który potrafi się odgryźć tak, żeby naprawdę zabolało.

 

To jest pierwszy i podstawowy powód, dla którego nigdy nie wierzyłem Donaldowi „chcieć to ty sobie możesz” Tuskowi. I to jest powód, dla którego nie uwierzyłem w OFE. Po prostu za ładnie to wyglądało. Dorzucimy do systemu składkę dla prywaciarza i od razu każdego emeryta stać będzie na wakacje na Hawajach? Seriously? Jakiego idioty trzeba, żeby wierzyć w coś takiego? Prywaciarz w odróżnieniu od ZUS musi wypracować zysk. Jasne,że niemożliwe jest by zaoferował świadczenia lepsze niż ZUS, nawet jeśli ZUS pozostawiony sam sobie też nie jest rozwiązaniem problemów.

 

Równie sceptycznie zawsze podchodziłem do koncepcji „niewidzialnej ręki wolnego rynku”. Jakoś mi się nie chciało wierzyć, by wielkie korporacje dobrodusznie ze sobą konkurowały zamiast zebrać się na party przy kawiorze i wszystko obgadać ponad głowami zwykłych szarych ludzi. To zwyczajnie była naiwna koncepcja i nie miała sensu i przełożenia na praktykę. W małej skali między lokalnymi firmami bez dostępu do armii prawników i księgowych czarodziejów, to już prędzej. Ale nie tam, gdzie wchodziły w grę międzynarodowe korporacje i wielkie pieniądze.

 

W skrócie – byłem zwolennikiem wolnego rynku, ale pod warunkiem istnienia strażnika, który daje oszustom i manipulatorom po łapach. Partie liberalne nigdy nie akcentowały tej roli państwa jako strażnika porządku szczególnie mocno. I dlatego wizja nowego, wspaniałego świata by UW i PO nigdy mnie specjalnie nie przekonywała. Bo moja natura cynika głośno krzyczała, że świat realny nie działa w ten sposób. Dlatego też do tej pory uważam Janusza Korwin-Mikkego w najlepszym razie za kretyna, a w najgorszym za niebezpiecznego oszusta. Bo cała jego filozofia opiera się na ślepej wierze,że wielki biznes będzie grał fair. Co jest delikatnie rzecz ujmując piramidalną bzdurą.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale