Tytuł tej notki, tego wpisu jest dość przewrotny, bowiem tekst dotyczyć będzie ustawy o związkach partnerskich.
Zdecydowałem się na taki, a nie inny tytuł, gdyż słuchając posłów prawicy przemawiających z mównicy sejmowej odniosłem nieodparte wrażenie, że dla nich wdrożenie w życie ustawy o związkach partnerskich wiąże się nierozerwalnie z osłabieniem instytucji rodziny. Takie widzenie sprawy wydaje mi się być trochę niefortunnym, aczkolwiek wynikającym z konserwatywnych poglądów sposobem pojmowania wspólnoty, którą jest rodzina.
Otóż, jak znam prawicowe widzenie świata, to w jego ujęciu rodzina jest- zresztą logicznie- pojmowana, jako osoby żyjące w związku małżeńskim (kościelnym i cywilnym) oraz ich ewentualnie przyszłe dzieci. Pełna zgoda. Tyle, że przeprowadzając wywód na temat rodziny nie można zapominać, że de facto nie ma jednej, nadrzędnej definicji rodziny. Potwierdza to, chociażby polskie prawo w przypadku którego na potrzeby różnych ustaw definicja rodziny różnie wygląda. Mając to w pamięci wróćmy teraz do konserwatywnych, tradycyjnych, prawicowych wypowiedzi odnoszących się do tego, że ustawa o związkach partnerskich osłabi instytucję rodziny, którą przecież państwo ma konstytucyjny obowiązek wspierać. Ergo: ustawa o związkach partnerskich jest niezgodna z Konstytucją RP.
Moim zdaniem jest to błędny tok myślenia, ponieważ odnosi się li tylko do definicji rodziny bazującej na małżeństwie. Fakt. Ustawa o związkach partnerskich osłabiłaby instytucję małżeństwa, jednak w żadnym wypadku nie osłabiłaby rodziny. Przecież- zaznaczmy to jeszcze raz- rodzina nie ma jednej definicji, a więc nie można jej wiązać tylko z małżeństwem.
Czyż przecież nie zgodzimy się przy tym, że jeśli w konkubinacie (nie lubię tego słowa) żyją dwie osoby wychowujące dzieci, to wszyscy razem tworzą rodzinę. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości.
Jeśli teraz posłowie nie chcą wprowadzić regulacji ułatwiający życie osobom będącym w konkubinacie, to w prostej linii- wydaję mi się- właśnie rodziny NIE WSPIERAJĄ.
Ktoś może w tym momencie powiedzieć: No dobrze, ale nie wszystkie osoby żyjące w konkubinacie mają dzieci, więc nijak ma to się do nie wspierania rodziny. Nie?- zapytam zdziwiony. Proszę sobie uzmysłowić ile jest bezdzietnych małżeństw. Przecież one też tworzą rodzinę. Bezdzietną, ale jednak rodzinę. I w tym przypadku nikt nie twierdzi, że słowo rodzina w odniesieniu do takich małżeństw nie ma racji bytu. I słusznie. Dlaczego więc jednych (w konkubinatach) z dziećmi lub bez rodziną nazywać nie chcemy, a innych (w małżeństwach) z dziećmi lub bez mianem rodziny z powodzeniem określamy?
To wydaje mi się podstawy problem, jaki trzeba poruszyć w dyskusji o związkach partnerskich. Dlatego w tytule napisałem, że najważniejsza jest rodzina. A dokładniej rzecz biorąc paradoks w sporze o nią.



Komentarze
Pokaż komentarze