Pani Rafalala uderzyła pana za to, że nazwą ją „tym czymś”. Jedni grzmią o niesamowitym przykładzie prawicowo - narodowej nietolerancji, a drudzy o tym, jak to ci „tolerancyjni spod znaku tęczy” wreszcie objawili swoją prawdziwą twarz.
Gdy usłyszałem o tej sprawie byłem niemal stuprocentowo pewny chęci napisania o niej chociaż kilku słów. Oto bowiem mamy – moim zdaniem – do czynienia ze złudnym, acz bardziej medialnym problemem, podczas kiedy rzeczywiste i prawdziwe sedno zdarzeń zostaje, jako prawda niewykorzystana, bo mniej chwytliwa.
Nie poświęcę więc kolejnych wersów na przypominanie zachowań Pani Rafalali zarówno wobec pana, którego uderzyła, jak i wobec Pana Jacka Żalka. Nie będę też marnował kolejnych słów, aby opisać język (słowa) Pana Artura Zawiszy odnoszący się do wspomnianej wyżej Pani. Dlaczego?
Dlatego, że zajęcie stanowiska po którejkolwiek ze „stron” tego – nazwijmy to – sporu jest błędem. Nie jest przecież sednem problemu kto bardziej przesadził; czy przedstawiciele tej „konserwatywnej Polski”, czy „Polski kolorowej”. Stopniowanie poszczególnych czynów (a to jak na razie robią media), nie prowadzi do niczego. Nic nie daje, nic nie wnosi i o niczym nam nie mówi. Mimo wszystko okazuje się, iż warto całą sprawę w ten sposób przedstawiać, bo znów może zostać rozpalona iskra. Iskra konfliktu, a konflikt taki zawsze „grzeje” media. Z tego powodu narracja o „tych złych” i „tamtych też nie świętych” króluje w informacjach na ten temat. Poza tym zajęcie się ową prawdą rzeczywistą i niewykorzystaną byłoby mniej efektowne.
Prawda ta brzmi następująco: nieważne kto, jakiej płci, orientacji seksualnej i z której strony barykady obyczajowej, ponieważ pewne zachowania (czyny, gesty, słowa) należy piętnować i głośno mówić o tym, że są niedopuszczalne bez względu na to, kto jest ich „twórcą”. Jest to prawda powszechna i uniwersalna, na którą w niepisanej umowie społecznej zgodziliśmy się wszyscy. Zgodziliśmy się na to, że pewne zachowania (nawet bez ich interpretacji w literze prawa), uznawać będziemy za powszechnie naganne.
Próba przypisania większej winy, którejś ze stron jest kolejną próbą przekonania nas, że w każdej sprawie istnieją dwie strony sporu i nic poza tym. Trzeba się opowiedzieć, po którejś z nich, bo przecież nie ma czegoś ponad dwie barykady… Czy na pewno?



Komentarze
Pokaż komentarze (5)