Coraz głośniej mówi się o kulcie Karola Nawrockiego i czas najwyższy nazwać rzeczy po imieniu: ten kult doprowadza jego wrogów do białej gorączki. Wprost o politycznym magnetyzmie głowy państwa mówią już nie tylko prawicowi publicyści. Dzisiaj analogiczne, choć pełne frustracji oceny płyną również z lewej strony sceny politycznej. Cichcem, za sejmową kotarą, a nawet w gabinetach samej koalicji rządzącej, oficjalna nienawiść ustępuje miejsca paraliżującej zazdrości. Dlaczego? Bo salonowa władza patrzy na obecnego prezydenta i widzi lidera, jakiego sama nigdy nie potrafiła wyhodować w swoich strukturach.
Z czego bierze się ten fenomen? Bez wątpienia Nawrocki to postać o potężnej, wręcz zwierzęcej sile przyciągania, jakiej na naszej scenie politycznej próżno dziś szukać u kogokolwiek innego. Jego magnetyzm tkwi w tym, że jest żywym paradoksem – potrafił połączyć surową, fizyczną siłę z elitarnym intelektem doktora historii. Większość jego przeciwników będzie temu wściekle zaprzeczać na konferencjach prasowych, ale gdy gasną kamery, nie potrafią przejść wobec niego obojętnie. W końcu to on, wbrew wszystkim sondażom i potężnej machinie medialnej, odprawił z kwitkiem Rafała Trzaskowskiego, a dziś cieszy się zaufaniem społecznym, które dla jego oponentów pozostaje w sferze niespełnionych marzeń.
Historia dojścia do prezydentury przypomina nieco historię z życia Theodore'ego Roosevelta. I tak jak o ówczesnym prezydencie Ameryki, tak i o obecnym prezydencie Polski można powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, w sferze mentalnej widać wspólny przekaz w tym, że sukces zależy od naszych wspólnych wysiłków. Bez względu na trudności na swojej drodze, nigdy nie należy porzucać swoich marzeń. Nie czekaj na okazję, tylko stwórz ją. Nie martw się tym, że jeszcze nie jesteś tam, gdzie chcesz być. Wielkie rzeczy wymagają czasu. To nie slogany, tylko myśl przewodnia Roosevelta... i chyba jest to też motto Nawrockiego. Przynajmniej takie ma się wrażenie, patrząc na wizerunek sceniczny naszego prezydenta. Roosevelt przeszedł do historii jako autor doktryny The Strenuous Life (Życia Pełnego Trudu). Głosił, że nic, co ma prawdziwą wartość, nie przychodzi łatwo, a najwyższą formą ludzkiej godności jest ciągła walka z przeciwnościami losu. Gdy patrzy się na drogę Karola Nawrockiego do Pałacu Prezydenckiego, widać dokładnie tę samą matrycę psychologiczną. Chłopak z gdańskich Siedlec, dorastający w realiach lat 90., nie dostał od losu darmowego biletu do elity. Każdy centymetr swojej pozycji – od ringu bokserskiego, przez sale uniwersyteckie, aż po fotele prezesa IPN i prezydenta kraju – musiał po prostu wyszarpać.
Ale jest coś jeszcze. I wcale nie chodzi tylko o etos surowej i bezkompromisowej walki lub – używając innego języka – szlachetnego rycerza na białym koniu, pełnego odwagi i siły. Dotyczy to czegoś, co trudno opisać i jeszcze trudniej zdefiniować. Można to nazwać magią albo błyskiem w oku, który Amerykanie pokochali u Johna F. Kennedy’ego, a dziś widzą u Karola Nawrockiego. Wobec tego naprawdę ciężko przejść obojętnie. Hollywoodzki urok osobisty, który potrafi uwieść tłumy – tak, właśnie ten urok osobisty czyni cuda. Możemy tym gardzić, ale polityka ma jednak więcej wspólnego z show-biznesem, niż nam się wydaje. Na tym polu nawet Rafał Trzaskowski, kojarzony z równie olbrzymim urokiem osobistym, musiał ostatecznie ustąpić – ustąpić komuś, kto w oczach milionów budzi po prostu większą, czystą sympatię.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Dzisiejsze bitwy o serca wyborców nie toczą się tylko na wiecach i w studiach telewizyjnych. Dla młodego pokolenia głównym kanałem komunikacji jest przestrzeń cyfrowa, zamknięta na ekranach smartfonów. To tam Karol Nawrocki stał się absolutnym fenomenem, a mechanizmy nowoczesnego marketingu politycznego udowodniły, że jego zwolennicy doskonale rozumieją brutalne zasady ekonomii uwagi. Krótkie filmiki wideo, idealnie skrojone pod algorytmy TikToka czy Instagrama – tworzone wręcz częściej przez samych sympatyków niż oficjalnych sztabowców – stały się kluczem do tego sukcesu. Może nie zadziałałoby to w przypadku każdego polityka, ale dla obecnego prezydenta okazało się strzałem w dziesiątkę. Kadry z Nawrockim w bokserskich rękawicach na treningu, Nawrocki witany przez prezydenta Turcji iście po królewsku czy wreszcie Nawrocki przyjmowany bez kolejki u samego Donalda Trumpa – te dynamiczne obrazy całkowicie niszczą etos nudnego, zbiurokratyzowanego urzędnika państwowego. Tworzą z niego kogoś więcej: lidera formatu międzynarodowego, popkulturowego bohatera cyfrowej epoki. Kogoś, kogo można – jeśli nawet nie kochać – to przynajmniej szczerze podziwiać za sprawczość i styl. Amerykański kult sprawczości połączony z popkulturowym blaskiem i bezwzględną dominacją w sieci tworzy nową, potęgę kultu. Możemy temu zaprzeczać – tylko po co?! Rzeczywistości i tak nie oszukamy. A skoro o podziwie mowa, warto na sam koniec zadać to jedno, kluczowe i niezwykle niewygodne pytanie: kogo dzisiaj możemy z równą czystością podziwiać po przeciwnej stronie barykady na naszej scenie politycznej? Głucha cisza, jaka zapada w odpowiedzi na to pytanie, jest najlepszym dowodem na to, dlaczego „kult Karola” tak bardzo przeraża dzisiejszy salon.
Fot: "własna", motyw: Rambo, wykreowana przez AI na potrzeby powyższego tekstu



Komentarze
Pokaż komentarze (23)