Na pokładzie prezydenckiego samolotu lecącego do Smoleńska, panował prawdziwy "bajzel".
Pochód pasażerów przemieszczał się bezkarnie po kokpicie dla załogi. Telefony sobie dzwoniły beztrosko. Przy lądowaniu pilotom towarzyszył dowódca lotnictwa i szef protokołu dyplomatycznego.
Gdy, w każdym innym kraju, po tragedii 11 września, jest zakaz, aby drzwi oddzielające załogę i pasażerów były otwarte.
A na pokładzie prezydenckiego samolotu, panowała atmosfera pikniku.
Stąd trudno się dziwić, że piloci mogli mieć dodatkowy stres, gdy publiczność miała wgląd w ich poczynania.
W obliczu ujawnionych zwyczajów panujących na pokładach naszych VIP-owskich samolotów, nie dziwi, iż niektórzy piloci postanowili zakończyć swoją karierę.
Oni nie chcą brać udziału w lotach, w których zasady bezpieczeństwa i właściwej pracy, są naruszane. Nie są samobójcami.
Inne tematy w dziale Polityka