Pojutrze - do Pakistanu - ma wyruszyć wysokogórska wyprawa, zorganizowana z inicjatywy Jacka Berbeki, której celem jest odszukanie i godne pochowanie ciał, zaginionych - później uznanych za zmarłych - dwóch uczestników polskiej zimowej wyprawy na Broad Peak: Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego.
Jacek, brat Macieja, twierdzi, że chłopcy załamali się psychicznie, bo przy schodzeniu ze szczytu zostali sami, nie było "braterstwa liny" /Artur Małek i Adam Bielecki wrócili do obozu/ . Brzmi to kuriozalnie, ponieważ na wysokości ponad 8 tys. metrów i przy temperaturze -40 stopni, każdy uczestnik ataku szczytowego - przy schodzeniu - musiał myśleć głównie o własnym przeżyciu, w tak ekstremalnych warunkach. Dziwią pretensje Jacka Berbeki, ponieważ on sam też różnych "zjawisk" w górach musiał doświadczyć, podczas własnego wspinania.
Oskarżenia nie zwrócą życia tym, którzy odeszli. Zresztą ONI zdawali sobie sprawę na co się decydują i czym to się może skończyć. Podjęli własne decyzje, o zejściu, czy pozostaniu..., bo każdy miał różną wyporność organizmu czy determinację. I dobrze byłoby to uszanować, miast siać ferment w środowisku. Przecież, to nie jest pierwsza wyprawa, kiedy zginęli wspinacze.
Mam wiecej złych przeczuć, co do tej zbliżającej się wyprawy, niż tych pozytywnych. Jakoś czuję, że bardziej chodzi o zaspokojonie własnych ambicji i wyplucie swojej złości na ludzi w PZA, niż o odnalezienie ciał Macieja i Tomasza. Zresztą, gdy chłopcy się wspinali była zima z lodem, teraz zalega śnieg, więc jak w takich warunkach można odnaleźć ciała?
Inne tematy w dziale Rozmaitości