Liście lecą z drzew na łeb, na szyję. Już niedługo zacznie być szaro i buro.
W głębi ogrodu nie trzeba się spinać z uporządkowaniem spadów, ale ponieważ tuż przy moim płocie wyrósł klon, którego korona wychodzi też na ulicę, to jego ogromniaste - opadłe - liście zajmowały już duże powierzchnie chodnika i jezdni, więc trzeba było je zebrać. Szczególnie dlatego, aby jakaś niezdara się na nich nie przejechała i w efekcie połamała. Zmiotłam i usunęłam, co spowodowało pewną "zarazę", bo i inni sąsiedzi nabrali odwagi na niedzielne porządki.
Odbyłam też spacer do lasu, gdzie było multum zbieraczy grzybów. Ich nienasycenie siegało zenitu, bo już brakowało im miejsca w koszykach, a wciąż wypatrywali nowych egzemplarzy. Mnie do lasu pognało - głównie - dla psa, który miał się wyszaleć. Jednak nie było mu to dane, gdyż przy tym tłoku..., trudno było go spuścić ze smyczy. Nic to, chociaż za jednym zającem wypuściliśmy się, wspólnie uwiązani. Oczywiście zwiał, ale zdrowo nas zmęczył.
Potem miałam wrażenie, że po krzakach chowa się "COŚ" dużego i nabrałam trochę pietra, bo dziś przeczytałam, że policja apeluje, aby uważać na łosie. Podobno jesienią przypada u nich okres godowy i wtedy pomiędzy niedoświadczoną - jeszcze - i słabszą młodzieżą a silniejszymi i starszymi osobnikami, trwa walka o względy samic. Te uniesienia - czasami - powodują wędrówki, które kończą się tragicznie na szosach, w pobliżu lasów. Jednak "duże", to była pewna goldenka /ze swoim panem/, przy której mój jagdterrier zaczął się popisywać, wykonując różne dziwaczne podskoki. Skończyło się na obwąchiwaniu i liźnięciach. I to musiało im wystarczyć, boć przecież żadne z nich dzikie łosie.
Inne tematy w dziale Rozmaitości