I n d i a ń s k i łaciaty koń – nie poznał P r e r i i
wszystko czego doświadczył to
wydeptane boisko do rugby
niewielki ogródek na tyłach wąskiej galerii
i B a l l y f e r m o t – kawałek świata podobny do P a t a g o n i i
także jak P a t a g o n i a nie bardzo przyjazny
szczególnie dla tych którzy znaleźli się tu przypadkiem
słowo przypadek nie istnieje w języku tutejszych I n d i a n
pewien mały T e h u e l c h rudy i lekko zezowaty
wyprowadził z garażu wyścigówkę na dwóch kółkach
koń niespokojnie strzygł uszami –
chłopiec pogłaskał bat i gwizdnął
nagle znikąd niby zaczarowany
wyrósł chudy lurcher z wielką na pół pyska blizną
czerwoną jak tylko może być C z e r w o n a Z i e m i a O g n i s t a
Koń spostrzegłszy K s i ę ż n i c z k ę wyraźnie się uspokoił
psina chyba lubiła wierzchowca – zresztą kto nie lubi koni
chłopiec gdy skończył zaprzęgać twarz wystawił do wiatru
i dłońmi jakby go zbierał a potem gładził gładził gładził
a wiatr pieścił W i e r n ą po starych ranach i konia muskał po zadku
zapragnął dotknąć staruszków za ciężką firaną ale ktoś wsadził
pomiędzy domową szarówkę a światło wykrawek zbrojonej tafli
w P a t a g o n i i nawet szkło nie może czuć się bezpiecznie
wiatr wie o tym najlepiej – nie przypadkiem również jemu
pewnej nocy ktoś I n n y przemocą chciał odebrać powietrze -
Ruszyli z kopyta rumak kolaska i nicpoń za nimi suka
spękaną szarą jak P r e r i a ulicą i zefir który się czepił krawędzi ucha
- Hej komu noc matką niech patrzy niech słucha
jak nosi nas ziemia o której mówią że spalona i sucha
że już nie wyda z martwego łona pierwszej nuty okrzyku
przerażonego człowieka
Gdy tak pędzili załamywało się światło a pęd ich
podobny do lotu K o n d o r a wzbijał tumany M e d a n o s
miałkiego pisaku – śladu po dawnych budowach
Miasto jak każda żywa materia to kwitnie raptownie to znowu umiera
a w B a l l y f e r m o t śmierć jak wtedy w P o m p e j a c h
doświadcza jedynie miłosierdzia i wszystko jest jej ofiarowane
na złotych talerzach przyozdobionych w wawrzyn triumfatora
W B a l l y f e r m o t śmierć umie tylko zwyciężać –
tym bardziej należy ich nazwać Z b i o r o w y m I k a r e m
w ostatnim przelocie do blasku nad krajem wyjałowionym jak P r e r i a
węzełek po węzełku mozolnie sznurują legendę O g n i s t e g o W ę ż a
Kto się nie boi upadku kto mocno trzyma za uzdę konia
komu pies służy wierniej od ślepego przypadku
kogo szkwał bierze i nosi w ramionach ten jest panem własnego sumienia
i płomieniem własnego sumieniem hartuje podkowy dla wiatru
Stary W ó d z wraz żoną zza ciężkiej firany patrzą zdumieni
jak się rozjaśnia łuska Ś w i e t l i s t e j C h i m e r y
i rosną skrzydła – stają się jednym chłopiec koń pies i rydwan
Jak P o t a r g a n y B ł ę d n i k co ich dźwigał jeszcze przed chwilą
teraz wyrywa liście kasztanom i włóczy i turla korale żwiru
a wszyscy płyną R ó ż a n ą P r e r i ą gdzie okiem nie sięgniesz –
tylko P a t a g o n i a / B a l l y f e r m o t ludzie duchy zwierzęta
zapomniani Bogowie i smutna niemodna piosenka:
„Twas down by the glenside” Widzisz – mówi starzec do swojej starzeńki
młodość utrwala się w ulotnej podroży
Żona odpowiada – Nieprawda Wodzu bajdurzysz
wszystko co ulotne utrwala się w młodości dopóki kasztan ma liście
a wiatr je nosi dopóki żwir skrzypi pod butem
zawsze znajdzie się jakiś Ikar – mimo wszystko gotowy do lotu
i zawsze znajdzie się taki który wcześniej lub później ale zapragnie upaść
Wszystko upada z chmur woda liście O g n i s t a K w a d r y g a
dziecko dorosły krew co się z innej krwi odzywa
bielmo na oczach ucięty łeb w trokach uśmiech starego I n d i a n i n a
gdy widzi konia z czworgiem kopyt w powietrzu a na nim chłopca
[co dniem noc przypomina nocą zaś odblask słońca] i psa wartownika
wyjątkowo gdy wszyscy ukryją skrzydła i z lotu ciśniętego kamienia
nawiozą ruń zadeptanych trawników własną łzą i krwią własną –
na wieczny odpoczynek pątników Korowody i wieńce przejdą przez P r e r i ę
wieczór wór czarny na pysk koński zarzuci i zepnie pęciny drutem cierniowcem
I takie będzie wieczne ich wędrowanie przez spaloną P a t a g o n i ę
T e h u el c h o w i e jak co dnia odmierzą ofiarną miskę ziarna
i zapalą płomyki upadłym lub tym którzy jeszcze nie upadli
ale z pewnością wierzą że kiedyś I n n i rzucą ich na kolana
Przesądni C z e r w o n o s k ó r z y z B a l l y f e r m o t
najbardziej boją się boisk do rugby – takie boisko jest jak zamknięty rezerwat
w sam raz do tego aby się w nim udusić.
Marcin Małek
11.10.2012 Dublin




Komentarze
Pokaż komentarze