Jest taki wiersz „Jak się dziś czuję” pani Józefy Juchy1
Kiedy ktoś zapyta, jak ja się dziś czuję,
grzecznie mu odpowiadam, że „dobrze, dziękuję”.
To, że mam artretyzm, to jeszcze nie wszystko,
astma, serce mi dokucza i mówię z zadyszką,
puls słaby, krew w cholesterol bogata...
lecz dobrze się czuję, jak na moje lata.
Przyznam szczerze, mam mieszane odczucia w stosunku do tego wiersza, zwłaszcza do ostatniej frazy – „dobrze się czuję, jak na moje lata” – brzmi ona tak, jak gdyby autorka była w stanie w pełni zrozumieć byt, siebie, wszystko. A przecież wydaje się to niemożliwe. Człowiek bezustannie w swojej wiedzy i świadomości się gubi, odsiewa z nieprzebranego zbioru, zadręczając się jego rozmiarem i w gruncie rzeczy nie wie co wybrać. Poglądy na życie, na świat, na nas samych są różne i często bywają sprzeczne. Stąd trudność w ich określeniu. Jednak za sprawą jakiejś tajemnej wiedzy poetka potrafi odnaleźć się w niezręcznej sytuacji. Więcej nawet, bez trudu określa siebie samą i swoje położenie. Pytając bowiem osobę w podeszłym wieku, o to jak się dziś czuje, nie oczekujemy odpowiedzi w rodzaju: „dobrze, dziękuję.” Raczej zakładamy, że wyzna: źle spałam tej nocy i jak co dnia bolą mnie kości. Bo tak po prawdzie wobec osób starszych nie mamy wielkich oczekiwań, w naszym mniemaniu starość jest nieuchronną tragedią, przed którą należy się bronić wszelkimi dostępnymi środkami – choćby powtarzanym codziennie nachalnym pytaniem: „jak się dziś czujesz”? I o dziwo odpowiedź autorki jest w tym względzie zaprzeczeniem naszego buntu – braku zgody na starość – jak można się buntować przeciwko czemuś, co jest istotą naszego życia. Pani Józefa przyjmuje tragizm starości z dobrodziejstwem inwentarza – w tym krótkim: „dobrze, dziękuję” wyraża się cała godność i duma pokolenia poetki. I dalej; odwołując się do swojego wieku, mówiąc: „dobrze się czuję, jak na moje lata”, autorka nie tyle godzi się z losem, co daje wyraz najgłębszej pokory wobec tego co nieuchronne. Los jest tu tym, nad czym uczymy się panować posługując się i wykorzystując bagaż nagromadzonych doświadczeń, wyraża się w próbie aprobaty, w odnajdowaniu sensu. Los jest konstrukcją świadomości i intelektu, to one stanowią o jego jakości. Żaden człowiek nie godzi się na przypadkowość życia. To z życia konstruujemy los a nie odwrotnie – inaczej nie miałoby ono racji. W tym względzie najważniejszym stanem świadomości jest nie tyle zgoda, co umiejętność akceptacji, pewien własny, wypracowany sposób na odnalezienie w sobie tej siły, która pozwoli nam pokochać nasz tragizm.
W „Rozważaniach dotyczących rozumu ludzkiego” John Locke postawił pewną słuszną tezę: „Załóżmy zatem, że umysł jest, jak to się mówi czystą kartą, nie zapisaną żadnymi znakami, że nie ma on idei; jak się dochodzi do tego, że je zdobywa? Skąd ten ogromny zapas obrazów, niemal nieskończenie różnorodnych, którymi nieustannie czynna, nieograniczona wyobraźnia ludzka zapełnia umysł? Skąd bierze się w umyśle cały materiał dla rozumu i wiedzy? Odpowiadam na to jednym słowem: z doświadczenia; na nim oparta jest cała nasza wiedza i z niego się ostatecznie wyprowadza. Nasze obserwacje zwrócone ku zmysłowym rzeczom zewnętrznym czy też ku wewnętrznym czynnościom duchowym, które postrzegamy i które są przedmiotem naszej refleksji – oto, co zaopatruje umysł w cały materiał myślenia. Takie są dwa źródła poznania, z których pochodzą wszystkie idee, jakie mamy lub możemy mieć naturalnym sposobem.”2
Więc jaki jest ów naturalny sposób? Ja również odpowiem jednym słowem: starość – wystarczy się zestarzeć. Ona przyjmuje wszystko takim jakim jest, w przeciwieństwie do wieku średniego nie potrzebuje upiększeń i nie wątpi, w przeciwieństwie do młodości rozumie, że wiedzieć wszystko to znaczy nie wiedzieć nic. Nie zna rozczarowania, obserwuje jak po kolei znikają wszyscy ci, którzy ofiarowali jej kredyt zaufania, a których nie będzie już mogła rozczarować. Innymi słowy: starzeć się to znaczy stawać się przezroczystym – podlegać stopniowej utracie widzialności. „Starych ludzi dostrzega się tylko wtedy, gdy robią kłopoty albo stają się dokuczliwi, albo gdy umierają.”3 Stąd niegrzeczne, lekceważące pytanie: „jak się dziś czujesz?” Pytanie lewar, za pomocą którego podnosimy poczucie własnej wartości – że dostrzegamy to, co niewidzialne, że umiemy się pochylić nad tym, co nieważne, co już się nie liczy i z czym nie trzeba się liczyć. Tak naprawdę zadając to pytanie, pytamy samych siebie: „jak się dziś czujesz”, a może: jak się z tym czujesz?
Kiedyś, mój przyjaciel Edgar, starszy ode mnie prawie o pół wieku zadał mi – jak się wówczas wydawało – bardzo krzywdzące pytanie:
Po co ci taki stary kumpel jak ja? Niedługo trzeba będzie mi zmieniać pieluchy, a i wypić zemną nie bardzo się da, bo po dwóch głębszych tarzam się jak wkurzony zaskroniec na pisaku. Po co ci taki kumpel jak ja?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, poczułem się nagle winny tego, że przyszedłem na świat o wiele za późno. Próbowałem coś z siebie wydusić, na szczęście starszy pan nie pozwolił mi dojść do słowa:
Nic nie mów… To straszne chamstwo pytać młodą osobę, co widzi w starości... Chcesz to opowiem ci o tym, jak było na Kubie, kiedy z bratem przystaliśmy do czerwonych. Mój ojciec – świeć Panie nad jego duszą – był komunistą z krwi i kości, zakładał partię w Caracas, to pod jego wpływem, ale wbrew jego woli daliśmy nogę by skończyć z dyktaturą Batisty. Oj… Jaki ja byłem głupi, pętak w skórze idealisty. Ale ty pewnie wiesz o tym więcej niż ja, który się biłem w imię sprawiedliwości. Was wykształcił już inny system, mój syn pracuje dzisiaj dla naftowych magnatów, krwiopijców, którzy żyją z pracy robotników – tak bym powiedział wtedy – a dziś zarządzam hotelem w Irlandii, co prawda nie swoim, a i tak czuje się jak imperialista, polityczny bankrut. Tam na tej wyspie przynajmniej wiedziałem – po co to wszystko…
Poznałeś Fidela?
Nie, ale rozmawiałem z Ernesto. Był starszy ode mnie i przystojniejszy, żadna z tamtejszych dziewczyn nie omijała go obojętnie. A on – cóż, korzystał. Ja zaznałem miłości dopiero kiedy wróciłem do domu. Mój brat, po wzięciu jednego z lokali dla wielmożnych poznał dwie siostry – zabawna historia – nie chciały mu oddać saksofonu, który akurat sobie upatrzył. Wziął więc instrument i tą, która go trzymała, teraz jest jego żoną. Mieszkają w Nowym Yorku, a brat nadal gra na tym saksofonie.
Nie mogę uwierzyć, że byłeś na Kubie i poznałeś Che.
Ja też, już w to nie wierzę, ale wiesz co? Nie wiara jest najważniejsza, tylko to, że ktoś chce mnie słuchać, że mam komu o tym opowiedzieć. Bez takich – przepraszam za wyrażenie, nie gniewaj się – gówniarzy jak ty, mógłbym w ogóle nie istnieć. Nie ma nic piękniejszego na świecie od waszych wielkich zdziwionych oczu, pomieszania błysku zachwytu z mgiełką niedowierzania, waszego podziwu i poczucia bezradności wobec kogoś, kogo tak naprawdę moglibyście zdmuchnąć z powierzchni ziemi jednym kichnięciem. Dla takiego uczucia, dla takiej chwili warto się zestarzeć… Wiesz co mnie najbardziej mierzi? Kiedy pytacie jak się dziś czuje, albo czy mi czegoś nie trzeba. A czego ja mógłbym chcieć? Najgorszym przekleństwem starości, jest to, że już nic się nie chce, tym bardziej rozmawiać o tym co mi dolega. Bo przecież pytając się „jak się czujesz” nie oczekujecie odpowiedzi w rodzaju: „dzięki – super”, raczej odwrotnie, wydaje się wam, że zaraz zaczniemy użalać się nad własnym losem. Nic z tego, czuje się znakomicie! Przeżyłem tyle przygód, że z nawiązką wystarczy ich na dobrą książkę, albo scenariusz kasowego filmu. Ja i moje pokolenie – my nie tylko żyliśmy ideą, my te idee wcielaliśmy w życie… Tak nawet te, które nas dziś wykluczają. Ktoś w twoim wieku nie zrozumie starczej motywacji – naszym orężem jest wszystko co obejmuje pamięć. To właśnie ona pozwala mi kochać tych którzy w niej żyją. Nieistniejący świat i rzeczy z tego zaginionego świata – ja nadal darzę to wszystko takim samym uczuciem jak wtedy kiedy istniało, a może i większym. Dzięki pamięci umiem pokochać was tu obecnych i wszystko co robicie. Patrzę na was z perspektywy tego jaki byłem kiedyś, co kiedyś czułem i jak rozumiałem otaczający mnie świat.
Więc jeśli starość jest takim trudem tragicznym, a jednocześnie – dzięki pamięci –
dobrodziejstwem losu, to jak uchwycić jej sens, jednocześnie nie wycofując się w przeszłość. Jak żyć przeszłością w teraźniejszości?
Dobre pytanie, ale tylko jak dla kogoś w twoim wieku. Rzecz w tym, że ja nie żyję przeszłością w teraźniejszości, raczej odwrotnie – żyję przebłyskami teraźniejszości oświetlającymi moją zacienioną przeszłość. Poruszam się w cieniu tego kim byłem i tego co mnie ukształtowało. Nie mam większego wyboru. Pamięć nie pojawia się sama z siebie i nie znika na nasze życzenie. Jest wynikiem biegu wydarzeń, zarówno tych, na które mamy wpływ jak i tych, które dzieją się poza nami, które obserwujemy ale nie możemy uczynić nic aby nadać im pożądany kształt. Jest – jak mi się zdaje – sferą naszego życia wewnętrznego i w pewnym sensie mieści się gdzieś poza naszą wolą.
Skoro nawet w tej kwestii jesteśmy bezwolni, to do czego właściwie potrzebna jest świadomość i co ma do zrobienia?
O… Ona ma do zrobienia bardzo dużo! Ona wszystko porządkuje, segreguje. To dzięki świadomości czujemy, rozumiemy a więc uzasadniamy sens tego kim jesteśmy teraz, szczególnie w oparciu o to kim byliśmy wczoraj.
Ale czy nie jest przypadkiem tak: że - jak sam mówisz – poruszając się w cieniu tego kim byłeś i tego co cię ukształtowało, teraz, obecnie stajesz się jakby produktem ubocznym mitu albo legendy o sobie samym i niejako sam skazujesz się na degradację?
Jeśli nawet masz rację, ale z góry uprzedzam, - nie masz, ja nie widzę w tym znamion degradacji. Mit uczy nas jak poznawać samego siebie, jest genialnym narzędziem samopoznania – wiedzieli już o tym starożytni. Ciągle odbieramy od nich jedną z najważniejszych w naszym życiu lekcji – jak godzić się z samym sobą. W tym względzie starzejący się człowiek przechodzi ze strefy namacalnych bytów w dziedzinę mitów i legend. Innymi słowy: im bardziej jesteśmy starsi, tym bardziej stajemy się eteryczni. Rozpływamy się w naszej przeszłości stając się coraz mniej widzialni, ale tylko dla tych, którzy jeszcze nie przekroczyli progu pamięci absolutnej tj. dla młodzieży, która również podąża za swoistym z gruntu fałszywym mitem – za lepszą przyszłością. Ale mit jest sumą wszystkich doświadczeń, a młodość nie jest w nie dość zasobna… Zresztą, wy nad wiarę przedkładacie wątpliwości a mit zawsze był aktem zawierzenia. Nie ma nic głupszego od uznania mitu za nieprawdę, za coś co nigdy się nie wydarzyło i nigdy się nie wydarzy. W mitach i legendach doświadczenie urasta do rangi symbolu – nie widzę i nie czuję w tym degradacji. Odwrotnie żyjąc w cieniu tego kim byłem, co mnie ukształtowało, znowu na moment mogę stać się widzialnym. Stąd – wybacz – krótka opowieść o Kubie i związany z nią twój zachwyt przemieszany z niedowierzaniem. A przecież tylko na moment wyszedłem z cienia, jednak ten moment wystarczył aby pożywić się twoim światłem, nabrać siły i znowu uwierzyć w to, że żyłem naprawdę.
Myślisz, że żyjesz tylko wtedy kiedy ktoś słucha twojej historii?
I tak i nie. Zrozum, jestem już stary i jedyne co mam to moja historia. Podobnie było z moim ojcem, z jego ojcem i z twoim także. Z tym, że w przypadku twojego – proszę nie zrozum mnie źle – mamy do czynienia z widmem, które już nigdy nie wróci do rzeczywistej formy – przynajmniej nie o własnych siłach. Mówiłeś, że choruje na Alzheimera? Jeśli tak, to tylko ty możesz stać się tą bramą, przez którą spod ziemi pod dzienne światło zdoła się wymknąć jego opowieść. Na przykład u mnie w rodzinie uprawia się swoisty, animistyczny kult przodków. Ci nieobecni – albo inaczej – obecni na starych fotografiach istnieją także w naszym codziennym życiu. W opowieściach, anegdotach – towarzyszą nam każdego dnia i o każdej porze. Myślimy o nich nie jak o duchach, ale jak o kimś, kto jest tuż obok, więcej nawet, jak o kimś, kto istnieje w nas, jest częścią nas samych a my jesteśmy naczyniem, w którym on, ona mieszkają. Tobie zaś zdarza się mówić o swoim żyjącym ojcu jak gdyby nie istniał. Nie wstyd ci? On istnieje, a nawet kiedy odejdzie to i tak nadal może być obecny, ale pod jednym warunkiem, że znajdziesz w sobie siłę i pozwolisz aby jego historia stała się twoim brzemieniem. Człowiek to nie tylko krew i kości, człowiek to przede wszystkim twardy i niezniszczalny duch. Wystarczy, że znajdą się chętni, którzy zgodzą się ponieść go kiedy ciało odmówi mu posłuszeństwa. Odpowiadając zatem na twoje pytanie: tak, czuję, że żyję naprawdę, tylko wtedy kiedy ktoś, jak ty dzisiaj słucha mojej historii. Każdy starzec powinien mieć kogoś takiego. Kogoś kto dalej poniesie jego opowieść.
A więc ciągłość – tak? Horyzont czasu, który dotyczy nie tyle długości jakiegoś okresu, ile tego, w jaki sposób – w przyszłości – wykorzystamy nagromadzone wcześniej doświadczenia?
Nie – raczej, w jaki sposób do przyszłości wprowadzimy nasze złudzenia z przeszłości – czy uda nam się je wskrzesić i przywieść do życia choćby maleńką ich cząstkę. Każdy z nas ma w sobie coś z szalonego zegarmistrza, który dłubiąc przy zepsutym czasomierzu marzy, o tym, aby jakimś cudownym sposobem odwrócić bieg jego wskazówek. To dziecinne, wybacz starcowi, ale często marzę o cofnięciu czasu. Nawet nie po to żeby coś zmienić, chciałbym wrócić do tych wszystkich miejsc i momentów, w których byłem szczęśliwy, jeszcze raz zatrzymać się na rozstaju dróg i pójść niechby i w tym samym kierunku, ale przeżywając wszystko od nowa. Świadomość bezsilności w tej kwestii niezmiernie mnie zasmuca – smutek rodzi się z bezowocnego upływu czasu, z bezradności wobec losu, z niewytłumaczalnej tęsknoty, która czyni z nas ofiary własnych uczuć. Zastanawiałeś się jak mocno trzymamy się przeszłości? Obojętnie czy należy wyłącznie do nas, czy do kogoś, kogo dobrze znamy, trzymamy się jej jak rozbitek zbawiennej beczki – jedynego śladu po wielkim okręcie pochłoniętym przez gniewny ocean. Zresztą cóż to jest ta zbiorowa przeszłość i gdzie się kończy? Nie – mój drogi, tęsknimy za utraconym złudzeniem, za czymś czego nigdy nie sprowadziliśmy na świat i co bezpowrotnie minęło. To wszystko istniej jedynie w naszej wyobraźni – przeszłość jest miejscem wyobrażonym, szczęśliwą wyspą na oceanie czasu, a ów ocean – jak w „Marinie” napisał w Carlos Ruiz Zafón – chcemy czy nie – zawsze zwraca nam to, co w nim kiedyś pogrzebaliśmy.4 Nasze złudzenia.
Chcesz powiedzieć, że złudzenia, którym kiedyś ulegliśmy kierują naszym życiem, że wpływają na obraz przyszłości?
A czym jest przyszłość? Zresztą, nazwij to jak chcesz…Przecież nie żyjemy dla własnej przyjemności i nie po to, by tworzyć, niszczyć, nie po to, by walczyć czy się poddawać, też nie dla potomstwa i nie dla zbawienia. To wszystko jest poboczne, znajduje się gdzieś na marginesie życia. Życie zaś jest poszukiwaniem samego siebie. Wszystko jedno kim i czym jesteśmy, jak nas widzą inni, w gruncie rzeczy to nie jest naszą sprawą. Naszą sprawą jest odnaleźć własny los i przeżyć go jak najlepiej umiemy. „Reszta jest milczeniem” – jak powiada Szekspir. Jedno tylko wydaje się obowiązkiem niemożliwym do uniknięcia: każdy z nas – wcześniej czy później – ale musi nauczyć się żyć w zgodzie z samym sobą. Po to natura wyposażyła nas w rozum, abyśmy mogli wyobrazić sobie to wszystko, czego jeszcze nie ma, cokolwiek ma do zaoferowania mglista i niepewna przyszłość. Mimo to nasza wiedza o niej zawsze będzie ułomna. I właśnie dlatego potrzebujemy złudzeń, są jak pochodnie oświetlające dziedzinę gdzie bezwzględnie gospodarzy nieprzejednany ślepy traf. Nic nie mów… Wiem, że nie rozumiesz i nie winię cię za to – masz jeszcze czas. Najpierw musisz pozbyć się własnych złudzeń – zapytasz po co? Właśnie po to, aby w przyszłości je odnaleźć i jeszcze raz z uwagą na nie spojrzeć. Wtedy, bez wahania i ze zrozumieniem odpowiesz na moje zaczepne pytanie: po co ci taki stary kumpel jak ja?
W pamięci często wracam do tej rozmowy. Ale dzisiaj, kiedy o niej myślę, rozumiem, że – w przeciwieństwie do tego, jak odebrałem ją przed laty – nie była zwykłą wymianą zdań. Teraz, nazwałbym ją raczej monologiem starca, bądź swego rodzaju manifestem starości. Ów czas spędzony w towarzystwie Edgara, jego myśli wyrażane z nieludzkim wręcz przekonaniem o ich słuszności, były i są bardzo trudnym doświadczeniem – zwłaszcza dla kogoś w moim wieku – zostawiły zarówno wspomnienie fascynacji, jak i poczucie zawstydzenia. Parafrazując myśl Jana Parandowskiego: słuchając starszego pana dotknąłem „nieba w płomieniach”. I nie tyle zrozumiałem, co dotarło do mnie, że umiejętność godzenia się z życiem jest wielką i niespotykanie rzadką sztuką. Zwykli ludzie pomalutku spalają się w jałowym ogniu buntu, w zgorzkniałym zdegustowaniu, nie rozumiejąc, że bezrozumny sprzeciw, już dawno oddał ich w moc nieprzewidywalnych wypadków. W mądrości mojego rozmówcy mieści się także bardzo ważna przestroga: że godząc się na swój los, można popełnić fatalny błąd: poddać się. Niekiedy bunt bywa uzasadniony, ale tylko w pewnej mierze. Edgar też się buntował, mimo wszystko jest to bunt mądry, przemyślany. Towarzyszy mu i powściąga go obawa przed niszczącą siłą ślepego sprzeciwu, oskarżania losu, wszystkich sprzysiężonych żywiołów i wreszcie samego Boga. On tego nie chce, nie widzi się w sytuacji, w której sam przed sobą i wobec bliskich miałby przyznać: „źle się dziś czuję”. Mówi raczej, że choć żyje na pograniczu jawy, w obszarze halucynacji, czy – do czego niesłychanie trudno się przyznać – pomieszania zmysłów, to jednak żyje pełnią własnego istnienia i na własny rachunek i co najważniejsze – szalenie dobrze się z tym czuje.
1 Autorstwo wiersza zostało przez niektóre gazety omyłkowo przypisane Wisławie Szymborskiej.
2 John Locke „Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego” za – Michael Awers „Locke, Idee i rzeczy” Wyd. Amber, 1997, str.12
3 Jonathan Carroll „Białe jabłka”, Wyd. Dom Wydawniczy REBIS 2002, Str.208-209
4 Carlos Ruiz Zafón (ur. 25 września 1964 roku), hiszpański pisarz, z wykształcenia dziennikarz. Od 1994 mieszka w Los Angeles, gdzie poświęcił się pisaniu scenariuszy filmowych i powieściopisarstwu. Wydał cztery książki dla młodzieży. Za pierwszą z nich, El principe de la nieba (Książę mgły) otrzymał nagrodę Edebé. Po kolejnych trzech (El palacio de la medianoche, Las luces de septiembre i Marina) postanowił napisać powieść skierowaną do starszych czytelników. Cień wiatru (La sombra del viento), opublikowany w 2001, został przetłumaczony na 36 języków i odniósł sukces w ponad 40 krajach. Wśród swoich ulubionych autorów podaje Dostojewskiego, Tołstoja i Dickensa.




Komentarze
Pokaż komentarze